2014-10-14
Autor: nTimes

Dèng Xiaopíng – ten, który zmienił Chiny w Supermocarstwo

China-Dragon

Wschodzące supermocarstwo?

Przed wiekiem, pod wpływem wieści o reformach podjętych przez Qingów, kanclerz Niemiec Leo von Caprivi uznał za możliwe rychłe odzyskanie przez Chiny rangi mocarstwa światowego, a opinię tę podzielało wiele osób, w tym w Polsce (choć później) Roman Dmowski. Rządy warlordów i napór japoński szybko skłoniły jednak do postawienia tezy wręcz odwrotnej – o szybkim i nieodwołalnym rozpadzie Państwa Środka. Zupełne fiasko owych rachub, podobnie jak (swoiście zresztą logicznych) prognoz dla XX stulecia, snutych u jego progu przez prestiżową The Cambridge Modern History, nie zachęca historyka do rozważań na temat przyszłości Chin, tym bardziej że chodzi o kraj-kontynent z 1,3-miliardową ludnością i o ogromnych kontrastach wewnętrznych, gdzie margines błędu statystycznego utrudnia wszelkie szacunki. Gospodarka chińska znajduje się ciągle w przebudowie i o sporządzeniu bilansu reform (także politycznych) mowy być nie może. Wobec wagi zagadnienia trudno jednak uniknąć choćby uwag o charakterze porządkującym.

W latach 1996-2001 tempo wzrostu gospodarczego w Chinach było nadal niezwykle wysokie – średnio 8 procent rocznie. Na przełomie tysiącleci dało się wprawdzie zauważyć pewne jego obniżenie (2001 r. – 7,0%, 2002 r. – 7,1%), ale towarzyszyło temu zupełne wyeliminowanie inflacji (a nawet nieduża deflacja). Było to swoistym fenomenem, zwłaszcza na tle innych państw postkomunistycznych oprowadzających gospodarkę rynkową, które doznały gospodarczego załamania i obniżenia stopy życiowej. Z ekspansją gospodarki chińskiej kontrastowała katastrofa ekonomiczna Rosji, przeżywającej okres dużych corocznych spadków dochodu narodowego, oraz stagnacja w podziwianej dotąd przez świat Japonii, gdzie przyrost gospodarczy w ostatniej dekadzie stulecia wynosił ledwie 1,3% rocznie. Uderzało, że Chiny (także dzięki rządowej kontroli kursu waluty i niedorozwojowi systemu giełdowego) wyszły obronną ręką z tzw. kryzysu azjatyckiego, który przed końcem wieku dotknął wiele krajów regionu. Nie uległy one przy tym pokusie dewaluacji yuana i udzieliły nawet pewnej pomocy sąsiadom. W 2000 r. obroty handlu zagranicznego osiągnęły wartość 474,3 mld dolarów, z czego 249,2 mld w eksporcie. W tym ostatnim 87% stanowiły już nie surowce czy płody rolne, ale przetworzone wyroby przemysłowe. Szczególne wrażenie robiła stale rosnąca nadwyżka Chin w handlu z głównymi partnerami, Japonią i nade wszystko USA, choć zarzucano, że osiągana jest w znacznej mierze dzięki dumpingowi oraz piractwu w zakresie praw autorskich oraz własności intelektualnej.

Nadal udawało się przyciągać ogromny kapitał, szacowany łącznie (lata 1979-2000) na 500 mld dolarów, co stanowiło jakieś 40% wszystkich inwestycji płynących do krajów rozwijających się. W tym czasie rezerwy dewizowe Chin zwiększyły się do 154,7 mld dolarów, czyli niemal 927 razy. Trzeba zaznaczyć, że 70% obcych inwestycji pochodziło z Hongkongu i Tajwanu, terytoriów nietraktowanych przez Pekin jako naprawdę zagraniczne. Ten pierwszy 1 lipca 1997 r. został uroczyście wchłonięty przez ChRL także i de iure, stając się Specjalnym Regionem Administracyjnym 1. Z rezerwami hongkońskimi zasoby dewizowe Chin Ludowych przewyższyły japońskie. Równie podniośle, z udziałem prezydentów Jiāng Zémína i Jorge Sampaio, celebrowano 19 grudnia 1999 r. koniec 442-letniej obecności Portugalczyków w Makau. Państwo Środka było również największym konsumentem pożyczek udzielanych przez banki międzynarodowe i przez cały czas otrzymywało więcej zagranicznych funduszy niż jakiekolwiek inne państwo.

Utrzymywanie się tych tendencji spowodowało, że w znanym raporcie prestiżowego tygodnika „Time” z 10 maja 1993 r., zatytułowanym China – The World’s Next Superpower (Chiny – Kolejne supermocarstwo), autor, James Walsh, wyraził myśl podzielaną już przez bardzo wielu (np. eksprezydenta USA Richarda Nixona). Kandydata na rychłego hegemona upatrywano zwłaszcza w tzw. Wielkich Chinach, obejmujących ChRL, Hongkong, Makau i Tajwan. Choć sam Pekin odciął się od takich planów w parlamencie, oświadczając jeszcze w 1992 r., że Chiny „nie staną się nigdy supermocarstwem” (po chińsku supermocarstwo, chāojí dàguó, to dosłownie „duże państwo, które przebrało miarę” – określenie zdecydowanie pejoratywne), to nie ulegało wątpliwości, że wielu Chińczyków uważało taką rolę za naturalną dla swojego kraju. Należy zaznaczyć, że szczyt względnej przewagi Zachodu w świecie przeminął około 1924 r., w roku 2000 zaś jego udział w globalnej produkcji skurczył się do rozmiarów z lat sześćdziesiątych XIX stulecia. Ekspansja Chin jest z tego punktu widzenia tylko elementem szerszego zjawiska odrodzenia Azji, a powrót Państwa Środka do tradycyjnej dla niego roli hegemona rzeczą znacznie prostszą do zrozumienia niż epizodyczna przewaga Europy.

Economic-Power-in-History

Chiny jako potęga gospodarcza i militarna istniały już ok. 2000 lat p.n.e. Dlatego dumnie nazywali swój kraj Państwem Środka. Amerykańska gwiazda zaczęła błyszczeć zaledwie 200 lat temu. Rosnąca od czasu wypraw Kolumba dominacja Europy również zaważyła na pozycji Chin. Ale od 1980 roku powoli (choć w skali historycznej – bardzo szybko) wracają stare-nowe czasy.

Wymowa czynników próbujących określić „mocarstwowość” ChRL jest jednak bardzo niejednoznaczna. Jeśli za podstawę rozważań przyjąć rzeczywistą siłę nabywczą walut (tzw. metodę PPP – Pursing Power Parity – stosowaną przez Bank Światowy), to Chiny są już dzisiaj drugą potęgą wytwórczą świata, ustępując jedynie USA (11,2% światowego produktu narodowego, GNI, wobec 21,6% dla Stanów Zjednoczonych – dane za rok 2001) i mają już 52% potencjału amerykańskiego. Szacunki te, podkreślające, że kurs chińskiej waluty jest drastycznie niedowartościowany w celu ułatwienia konkurencyjności własnych towarów, od początku wzbudziły protesty Pekinu, albowiem ich akceptacja (zwłaszcza w kontekście ówczesnych starań ChRL o przyjęcie do Międzynarodowej Organizacji Handlu, WTO) groziłaby pozbawieniem nader wygodnego statusu kraju rozwijającego się. Nawet jednak uwzględniając współczynnik PPP, daje to – w przeliczeniu GNI per capita – zaledwie 127. miejsce w rankingu światowym (3550 dolarów, bez Hongkongu i Makau). Natomiast uwzględniając oficjalny kurs yuana do dolara, gospodarka Chin plasuje się na siódmym miejscu na świecie (za USA, Japonią, Niemcami, Francją, Wielką Brytanią i Włochami) oraz na 142. miejscu, gdy chodzi o wartość produktu narodowego na głowę (w tym wypadku 780 dolarów). Ich udział w handlu światowym jest bliski udziałowi Korei Południowej czy Holandii, a udział w obrotach handlowych tak istotnych partnerów, jak USA czy Unia Europejska, raczej nieznaczny. W przeciwieństwie do Singapuru (w większości zamieszkanego w końcu przez Chińczyków) wzrost gospodarczy w ChRL w nikłej tylko części jest skutkiem rozwoju kreatywności i umiejętności wprowadzania na rynek zupełnie nowych produktów, a głównie zwiększania nakładów kapitałowych i arcytaniej siły roboczej. Wiąże się to na pewno z bardzo niskim, mimo dokonania znacznego ilościowego i jakościowego skoku, poziomem wykształcenia. Mimo istnienia w 2000 r. około 1040 uniwersytetów oraz 770 uczelni wieczorowych i zaocznych z łączną liczbą 9 mln studentów w połowie lat dziewięćdziesiątych wykształceniem wyższym mogło się pochwalić zaledwie 0,52% mieszkańców ChRL. Wiarygodność imponujących wskaźników podawanych przez Pekin też budzi wątpliwości sceptyków. Niektórzy z nich – posuwając się jednak zbyt daleko – utrzymują, że jedyną konkretną informacją spośród nich jest zrównoważony budżet.

Inne bariery, przed jakimi stoją chińskie reformy, też dają do myślenia, począwszy od banalnego stwierdzenia, że żaden kraj nie może długo utrzymać dwucyfrowego wskaźnika rozwoju gospodarczego. Obecnie zużycie energii w Chinach (zajmujących od 1994 r. drugie miejsce w świecie pod względem jej wytwarzania) powiększa się w tempie znacznie wyprzedzającym wzrost produkcji krajowej, aczkolwiek w przeliczeniu na głowę jej konsumpcja jest nader niska (825 kWh). W dodatku dwie trzecie produkcji przemysłowej i ponad połowę rolnej dostarcza mały, zajmujący zaledwie 14% obszaru Chin, zamieszkany przez nieco ponad 40 procent ludności. Należy dodać, że w 1999 r. aż 62% wszystkich inwestycji zagranicznych kumulowało się na terytorium ledwie trzech prowincji (Guangdong, Jiangsu i Fujian) oraz miasta wydzielonego Szanghaju. Owa sytuacja, gdy nadmorskie „okno wystawowe” ChRL naśladuje Tajwan, lecz interior przypomina na przykład Bułgarię, powoduje, że pojęcie „statystycznego Chińczyka” bywa mało wiarygodne. W 1999 r. przyjęto wprawdzie ambitny plan rozwoju regionów zachodnich, przewidujący roczne inwestycje wysokości 30-50 mld yuanów, ale jego skutki widoczne będą nieprędko – jeśli w ogóle.

Tłumy przybyszów z interioru, szukające szczęścia w miastach (w latach 1990-1996 od 120 do 130 milionów!), zwykle nieznające dialektów prowincji, do których się udają, często padają ofiarą iście kolonialnego wyzysku. Ogromnym problemem są robotnicy nierentownych przedsiębiorstw państwowych (grubo ponad 100 mln ludzi), najbardziej zagrożeni bezrobociem, spośród których co najmniej jedna czwarta kwalifikuje się do zwolnienia. Finansowanie strat w kulejącym sektorze państwowym przez państwową bankowość komercyjną powoduje z kolei gigantyczne „złe długi” (w 1997 r. około 200 mln dolarów w czterech wielkich bankach 2, będących, wedle standardów zachodnich, bankrutami). Banki chińskie, mimo reform lat 1995-1999, pozostają w znacznej mierze nadal kasami depozytowymi rządu.

Katastrofalne rozmiary przybiera też skażenie środowiska. Z dziesięciu najbardziej zanieczyszczonych miast świata dziewięć znajduje się w ChRL (jedno w Indiach). Z powodu unoszących się w powietrzu pyłów całe regiony są miesiącami niewidoczne dla satelitów, większość rzek jest zatruta, a rejestrowane na mapach jako liczące rzekomo 2570 km kw. jezioro Lob-Nor w zachodniej prowincji Sinciang zamieniło się w ledwo wilgotne bagno pokryte skorupą soli.

Wyzwaniem numer jeden pozostaje jednak – zastawiona ongiś z niefrasobliwym poparciem Máo Zédōnga – pułapka maltuzjańska. Chiny, mieszcząc 22% ludności świata, posiadają ledwie 7% jego ziem uprawnych, a choć nie jest to bynajmniej najgorsza sytuacja w regionie (10 osób na hektar upraw, podczas gdy w Korei Południowej 17, a w Japonii 24), to nie ma już nowej ziemi zdatnej do uprawy. Modernizacja rolnictwa kuleje, skoro kapitał inwestycyjny woli inne sektory gospodarki, a subsydia państwowe stopniały. Tymczasem, mimo drakońskich środków regulacji urodzeń, stosowanych przez rząd (konieczność uzyskania pisemnych zezwoleń na zajście w ciążę, przymusowe aborcje w razie „nadprogramowych” poczęć, kary za kolejne potomstwo, w rodzaju zabierania części ziemi), spis powszechny z listopada 2000 r. wykazał 1.295 mln mieszkańców ChRL, o prawie 100 mln więcej niż przewidywano w 1982 r. Pozbywanie się w pierwszej kolejności nienarodzonych, a czasem i narodzonych, dziewczynek (tradycyjnie przyrównywanych do rozlanej wody, a więc zbędnych, skoro i tak w przyszłości opuszczą rodzinę) doprowadziło już lokalnie do katastrofalnego zachwiania równowagi między płciami. Na sto noworodków płci żeńskiej przypada średnio sto jedenaście noworodków płci męskiej, ale na wsi proporcje te kształtują się często jak 100:300 (!). Daje to obecnie stumilionową nadwyżkę mężczyzn, niemających szans na znalezienie żony. Te ostatnie kupuje się więc lub porywa. Kobiety, które nie urodzą syna, stają się ofiarami represji, a nieraz przemocy. Słowa potępienia takiego stanu rzeczy nie mogą oczywiście przesłonić niezwykle trudnego dylematu rządzących, którzy – gdyby nie podjęte dotąd kroki w celu drastycznego ograniczenia przyrostu ludności – mieliby w XXI w. 2 miliardy ludzi do wyżywienia. Z drugiej strony, w razie w pełni pomyślnej całkowitej realizacji planów demograficznych, ChRL liczyłaby w 2035 r. dwa razy więcej 60-latków niż 20-latków – co jest wizją trudną do przyjęcia nawet w społeczeństwie żywiącym szacunek dla starców. Poza tym, że łatwo jest przeciągnąć strunę, wywołując ostry sprzeciw ludności, oficjalna polityka kontroli urodzeń jest sprzeczna z promowaniem rozwoju rodzinnych przecież gospodarstw i firm. Stąd słychać też głosy, że środki przeznaczone na doganianie Zachodu w dziedzinie elektroniki i przemysłu mogłyby z większym pożytkiem zostać zainwestowane w oświatę, przede wszystkim kobiet (jak wiadomo, istnieje odwrotna korelacja między średnią liczbą dzieci a wykształceniem matki).

Na nieprzewidywalność losu Chin wpływa też niepewność co do przyszłości panującego w nich systemu politycznego, którego samo zaklasyfikowanie jest obecnie niełatwe. Jiāng Zémín zdołał – przy pomocy „frakcji szanghajskiej” – zaskakująco skutecznie skonsolidować władzę, odsuwając na boczny tor po XV Zjeździe partii (wrzesień 1997) ambitnego rywala, przewodniczącego parlamentu Qiáo Shí. Niezbędne poparcie wojskowych pozyskał sobie, demonstrując twardą postawę podczas omówionego już kryzysu tajwańskiego w 1996 r. Zdyskontował też na swoją rzecz przejęcie Hongkongu, a w czasie wymiany wizyt z prezydentem Billem Clintonem (1997/98), któremu akompaniował na flecie podczas gry na saksofonie, udało mu się dość przekonująco wypaść w roli pragmatycznego i partnerskiego szefa wielkiego mocarstwa. Na plus dla Jiānga należy też zapisać nadspodziewanie harmonijną współpracę z nowym (od marca 1998) premierem Zhū Róngjī, uważanym za polityka liberalniejszego niż sam szef państwa, a przy tym jednego z architektów reform rynkowych. Owocem tej współpracy była między innymi wspomniana już ustawa o prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych, znaczna redukcja administracji, próby uzdrowienia sektora bankowego, wreszcie ustawa o prawodawstwie z 15 marca 2000 r., mająca unormować legislację i „wprowadzić rządzenie krajem zgodnie z prawem”. Treść tej ostatniej ustawy, zawierającej wzmiankę o przewodniej roli partii, marksizmie, myśli Máo i „teorii” Dèng Xiǎopínga, wskazywała wszelako jednoznacznie, że jej celem było zachowanie dotychczasowego systemu i usprawnienie władzy KPCh, którą miano chronić przed degeneracją i korupcją. Potencjalnie przełomowe znaczenie może mieć za to uchwała o samorządzie wiejskim (listopad 1998) wprowadzająca bezpośrednie i, jak się wydaje, autentyczne – oraz burzliwe – wybory na szczeblu gmin. Sceptycy wskazują jednak na przykład Hongkongu, którego demokratycznie wybrana Rada Legislacyjna została rozwiązana po przejęciu kolonii przez Chiny. Tak czy inaczej ocena owego pakietu reform, wcielanego obecnie forsownie w życie, będzie możliwa nieprędko.

Współczesne Chiny są więc krajem nieskończenie bardziej wolnym niż w czasach Máo (niektórzy autorzy propagują nawet termin „społeczeństwo na wpół obywatelskie”). Pozostają jednak nadal krajem represyjnym i totalitarnym (warto dodać, że ten ostatni termin stosowano powszechnie także do stosunkowo mało krwawej dyktatury Mussoliniego). Wielu autorów kwestionuje co prawda twierdzenie Harry’ego Hóngdá Wú i Human Rights Watch o 16 mln więźniów chińskiego „bambusowego gułagu”, upierając się przy 2-4 mln 3. Trudno natomiast kwestionować zarówno panujące tam tragiczne warunki, jak i takt, że wielu skazanych w ogóle nie powinno trafić do obozów (także zgodnie z kryteriami prawa ChRL), cierpiąc w wyniku administracyjnej samowoli. Mimo działania rynku i masowo krążących (zresztą zwykle niepolitycznych) druków bezdebitowych, chińskie media są nadal skutecznie kontrolowane przez partię, aczkolwiek w wielu dziedzinach – choćby Internetu, mającego około 30 mln użytkowników – wysiłki cenzorskie reżimu nie nadążają za postępem technicznym. Osobnym zagadnieniem są prześladowania członków odrodzonych tajnych stowarzyszeń, wyznań religijnych, w rodzaju uznających zwierzchnictwo papieskie katolików (toleruje się podporządkowany władzom kościół „narodowy”) czy sekt typu sławnej Falun Gong. Okazują się one znacznie trudniejsze do rozbicia od efemerycznych dysydentów.

Stosunek rządu w Pekinie do praw człowieka (ratyfikował on więcej międzynarodowych konwencji ich dotyczących niż choćby władze USA) budzi również – oględnie mówiąc – wiele kontrowersji i emocji. Należy stwierdzić, że argumenty podkreślające różną w tej kwestii od zachodniej optykę cywilizacji konfucjańskiej, podporządkowującej wolność jednostki pomyślności kolektywu (do argumentów tych nawiązywał m.in. premier Malezji Mahathir bin Mohamad w swej głośnej tezie o „wartościach azjatyckich”), mają rdzeń jak najbardziej racjonalny. Odmienna tradycja kulturowa sprawia, że koncepcję „czyichś praw” trudno jest nawet precyzyjnie wyrazić w tamtejszych językach. Publikowane w Pekinie tzw. białe księgi o prawach człowieka (dotąd trzy: w latach 1991, 1996, 2000), akcentują, że prawa do wyżywienia i rozwoju mają absolutny priorytet. Nie mówi się jednak o tym, co eksponuje między innymi indyjski noblista w dziedzinie ekonomii, Amartya Sen, że żaden kraj respektujący zasady demokracji nie doświadczył dotąd klęski głodu, pomijając już to, iż Chiny kontynentalne trudno nadal traktować jako obszar gospodarczo zapóźniony. Twierdzenia, że sytuacja w ChRL w dziedzinie praw człowieka ulega stałemu polepszeniu są zdecydowanie kwestionowane przez kompetentne organizacje typu Amnesty International i Human Rights Watch.

Adresowanego do świata postulatu uwzględniania specyfiki kulturowej, gdy chodzi o prawa człowieka, rząd pekiński nie bierze też pod uwagę w odniesieniu do własnych mniejszości narodowych. Częste twierdzenia, że choć narody te stanowią tylko 7% ludności kraju, zamieszkują 60 procent jego terytorium, są o tyle nieaktualne, że w rezultacie wewnętrznej kolonizacji nie ma właściwie obszarów bez skupisk rdzennych Chińczyków – Hanów. Naturalnie jest to powodem dodatkowych tarć. W Sinciangu (Xinjiangu) na przykład liczba Hanów zwiększyła się z 4% w 1953 r. do 37% w 1990. Było to jedną z przyczyn rozpoczęcia przez tamtejszych Ujgurów terrorystyczno-partyzanckiej walki, której sprzyjało odrodzenie fundamentalizmu islamskiego w pobliskim Afganistanie. Prawdopodobnie jednak większym kłopotem są dla ChRL Tybetańczycy z uwagi na rosnącą w świecie popularność ich sprawy. Chociaż w Tybecie brakuje zorganizowanego oporu zbrojnego, to manifestacje, w trakcie których padły ofiary, miały tam miejsce w latach 1987 i 1989. W 1989 r. Pekin oficjalnie zaprotestował przeciw przyznaniu pokojowej Nagrody Nobla przebywającemu na wygnaniu czternastemu dalajlamie (informując zresztą w ten sposób o tym fakcie wielu jego rodaków). Zważywszy, że dalajlama nie domaga się bynajmniej całkowitej niepodległości dla swego kraju, a jedynie rodzaju konfederacji, i że bezkompromisowość chińska podsyca tylko radykalizm tybetańskiej młodzieży, postawę ChRL niełatwo jest zrozumieć, tym bardziej że rozwiązanie takie, odmawiane obcemu kulturowo narodowi, Pekin oferuje od dawna własnym rodakom na Tajwanie. Inne narodowości, nawet liczne (jak Zhuangowie – 15,5 mln), nie stwarzają porównywalnych problemów. Wszystkie jednak narzekają na niedostatek podręczników we własnych językach i brak nauczania ojczystej historii. Polityka rządu koresponduje tu z co najmniej obojętnością i brakiem wrażliwości znacznej części Hanów.

China-Technology

SKOMENTUJ

Zaloguj się i napisz komentarz.

Poznaj Chiny

Artykuły w Kategoriach:

Ziemia Nocą

Komentarze (temp. OFF)

Teleskop Hubble'a