2013-08-07
Autor: nTimes

Derywaty. Czy to jeszcze Gospodarka czy już Kasyno?

Derivatives-Nasdaq

Banki – głównie amerykańskie – w ogromnym stopniu bogacą się na derywatach. Mało kto wie czym one są. Derywat to rodzaj instrumentu finansowego, który uzależniony jest od instrumentu bazowego. Dotyczy przyszłej daty i przyszłej ceny. Instrumentem bazowym mogą być akcje, obligacje, wysokość stopy procentowej, wartość indeksu giełdowego, a nawet – uwaga – tak nietypowe wskaźniki, jak liczba dni słonecznych, wielkość opadu śniegu, czy deszczu (derywaty pogodowe).

Zabrzmiało trochę śmiesznie, ale śmiesznie nie jest. Szacuje się, że wartość derywatów w roku 2011 osiągnęła poziom 700-800 bilionów dolarów, według niektórych nawet do 1,5 tryliona, tzn. co najmniej kilkanaście razy więcej niż wartość PKB całego świata (!). Natomiast obroty na rynku derywatów, według ekspertów z USA, którzy pracowali nad specjalnym raportem śledczym senatora Levina w sprawie nadużyć w JP Morgan Chase, opublikowanym w marcu 2013 r. wynoszą 1200 bilionów dolarów. Szacuje się, że na tym rynku krąży 12 bilionów dolarów, co stanowi 17 proc. światowego PKB. Mimo kryzysu, rynek instrumentów pochodnych nie jest uregulowany i nic nie zapowiada, aby szybko to nastąpiło.

Senator-Carl-LevinNiektóre kategorie instrumentów pochodnych to: opcje, kontrakty terminowe (futures, forward), swapy (np. słynne CDS-y) i CDO. Pierwsze derywaty, tzw. kontrakty terminowe, zostały wymyślone dla rolników, by zabezpieczyć ich przed wahaniami cen zbóż – gwarantowały kupno w określonym momencie przyszłości po określonej cenie. Z czasem rozszerzono je na wszelkie rodzaje surowców, a także waluty i papiery wartościowe – derywaty stały się ulubionym narzędziem spekulacji. Rodzajem derywatu są również opcje walutowe, z powodu których zbankrutowało w 2009 roku wiele polskich firm.

Zapalnikiem kryzysu finansowego, który rozpoczął się w roku 2008 w USA, były instrumenty pochodne oparte na kredytach, tzw. skolateralizowane obligacje dłużne (CDO). Amerykańskie banki inwestycyjne odkupywały od hipotecznych pule kredytów, „siekały je”, a następnie „składały w pęczki” według stopnia ryzyka. Przemieszanie kredytów miało uchronić inwestorów przed skutkami pojedynczego bankructwa, a jako dodatkowe zabezpieczenie bankierzy wymyślili polisy na taki wypadek (CDS).

Pomyślane pierwotnie jako sposób na upłynnienie dobrych wierzytelności, pod koniec boomu hipotecznego CDO zaczęły służyć do pozbywania się z ksiąg złych kredytów, udzielanych osobom niezdolnym do ich spłacenia. Banki inwestycyjne zarobiły krocie na sprzedaży derywatów żądnym zysku inwestorom, eksportując przy okazji problem poza Amerykę. Z kolei najwięcej CDS wyemitowała grupa AIG, do niedawna największy, dziś już znacjonalizowany, ubezpieczyciel w USA.

Choć nadal toczy się dyskusja dotycząca szczegółów, zasadniczo panuje zgoda co do przyczyn globalnego kryzysu gospodarczego. Nadmierna interwencja państwa na rynku kredytowym doprowadziła do kumulacji złych kredytów, a zbytnia liberalizacja na rynku finansowym zachęciła do hazardu na giełdach. Niekontrolowany obrót instrumentami finansowymi, takimi jak derywaty, sprawił, że fikcyjna gospodarka finansowa omal nie wyparła realnej – zauważył w swojej książce „13 Bankers” były główny ekonomista Międzynarodowego Funduszu Walutowego prof. Simon Johnson.

Rynek derywatów to kasyno

Jak podkreśla Barry Ritholtz, ekonomista i analityk giełdowy, „rynek derywatów to zwykłe kasyno”. Pierwotnie miały być ubezpieczeniem przed utratą wartości obligacji i innych papierów wartościowych („Uiszczam miesięczną opłatę, a ty pokryjesz straty, jeśli papiery stracą wartość”). Jednak jak tłumaczy, idea została zmodyfikowana w takim stopniu, że klient nie musi być właścicielem papierów, żeby je ubezpieczyć. A problem polega na tym, że „ubezpieczyciel rzadko dysponuje odpowiednią kwotą”. I dodaje: „to papierowe abstrakcje, mające luźny związek z realnymi papierami wartościowymi”.

Roger Lowenstein, wieloletni dziennikarz „Wall Street Journal”, autor książki „The End of Wall Street”:

W 1934 roku ustalono zasady, że jeśli chce się sprzedać udział w spółce, to kupujący powinien mieć dostęp do informacji, za co naprawdę płaci. Podobne zmiany trzeba wprowadzić na rynku instrumentów pochodnych.

Niemniej kongresmeni nie tylko liberalizują rynek derywatów, ale zachęcają do obrotów większych od tych, jakie notowano przed wybuchem kryzysu w 2008 r. Z raportu o sytuacji na tym rynku w czwartym kwartale 2012 r. wynika, że wartość spekulacyjna derywatów, skoncentrowanych w czterech największych bankach amerykańskich: JP Morgan Chase, Citigroup, Bank of America i Goldman Sachs, wynosiła 223 bln i była wyższa o 11 bln dol. niż w tym samym okresie 2009 r.

Hazard na rachunek podatnika

– To niedorzeczność – uważa dyrektor Fundacji na rzecz Edukacji Monetarnej dr Lawrence Parks. – Można byłoby się z tym zgodzić, gdyby hazard uprawiano za własne pieniądze, ale te instytucje mają ubezpieczenie w postaci przekonania iż „są zbyt wielkie by upaść” i dlatego zawsze mogą liczyć, że zostaną uratowane przez podatników – dodaje.

Duże banki i wielkie instytucje finansowe zwiększają obrót także tzw. „syntetycznymi” instrumentami finansowymi, których, zdaniem dr. Ritholtza „związki z realnymi papierami wartościowymi są jeszcze luźniejsze”.

Doradca Biura ds. Budżetu Kongresu prof. Johnson twierdzi, że kryzys gospodarczy zdarza się co 5 lat w naszym systemie finansowym. Przestrzega, że „Kryzys nadejdzie szybciej niż myślimy. I będzie gorszy”. I dodaje, że należy zmniejszyć wielkość banków.

Bank Anglii ostrzegł inwestorów, że wzrost na giełdach nie odwzorowuje sytuacji w realnej gospodarce. I że ryzyko obrotu derywatami może być znacznie wyższe.

Derivates-Dollars

123

O Autorze

nTimes

 > 

Komentarzy: 3
  1. Martin Aston pisze:

    No, sensacja! „Deutsche Bank na progu bankructwa” pisze IndependentTrader 2015-06-25. Z powodu… no, zgadnijcie? Derywatów! Czyli granatem bawią się nie tylko Amerykanie. Twardo myślących i chodzących po ziemi Niemców nigdy bym nawet nie podejrzewał o to! http://independenttrader.pl/366,deutsche_bank_na_progu_bankructwa.html

  2. Martin Aston pisze:

    Ryszard Wojtkowski 2013-10-27, magazyn Forbes

    Odpowiedzialność i ryzyko mają uzasadniać ekstrawaganckie pakiety wynagrodzeń. Jak przychodzi co do czego, okazuje się że nie ma ani odpowiedzialności ani realnego ryzyka. Pozostaje tylko ekstrawaganckie wynagrodzenie.

    Przed wielu laty, kiedy przechodziłem ze służby publicznej do pracy w światowej korporacji, byłem święcie przekonany że kwalifikacje zarządcze rzeczywiście powinny być ponadprzeciętnie wynagradzane. To powszechne przekonanie uległo jednak wyraźnemu osłabieniu w ostatnich latach. Jesteśmy jako menedżerowie sami sobie temu winni – bo nie bierzemy odpowiedzialności za swoje błędy i nie potrafimy ograniczyć swojej chciwości.

    W Szwajcarii od przyszłego roku wynagrodzenia kadry kierowniczej nie będą ustalane przez Rady Nadzorcze, które są zwykle bardziej szczodre w ramach hasła „rączka rączkę myje” – ale przez zgromadzenia akcjonariuszy. To wynik tzw. inicjatywy Mindera. Kiedy podano do wiadomości, że prezes Novartisu, Dana Vasella otrzyma on po rezygnacji z funkcji prezesa i przewodniczącego Rady Nadzorczej odprawę w wysokości 72 mln franków – opinia publiczna się zagotowała. Przypomniano, że w ostatnich 11 latach swojej pracy Vasella dostał łącznie 322 mln franków wynagrodzenia, ponad dwa razy więcej niż wszyscy pozostali dobrze przecież opłacani członkowie zarządu łącznie. Rezygnacja z tej odprawy niewiele już zmieniła. Obywatele w referendum przyjęli ograniczenia dla wynagrodzenia menedżerów.

    Byłemu prezesowi wytknięto m.in. nieudane inwestycje. Zwłaszcza stratę na zakupie firmy Alcon za ponad 50 miliardów dolarów. Wiadomość ta mnie zaskoczyła, bo nigdy nie miałem wrażenia że Dan lubi przepłacać. Pamiętam, jak miałem okazję dostać za symbolicznego dolara zamykaną przez konkurenta fabrykę żywności dla dzieci w Czechach. Vasella zakwestionował arkusz DCF (zdyskontowanych przepływów pieniężnych) podnosząc wartość stopy dyskontowej do ponad 20% (bo Europa Wschodnia) i wyłączając z rachunku wartość rezydualną (bo Europa Wschodnia). W takich okolicznościach żaden projekt inwestycyjny nie mógł się ostać. Na koniec usłyszałem: „Ryszard, nie rezygnuj, bo to ma dla twojego pionu strategiczny sens. Zaproponuj, że jak dopłacą kilka milionów – to możemy wziąć”.

    Trzeba było zmiany, aby podziwiany powszechnie autorytatywny styl zarządzania stał się przedmiotem krytyki. Jeden z naszych kolegów, wywindowany na pozycję numer 2 w firmie, budował swoją skuteczność na niezwykłej agresji i krzyku. Ponieważ zaczęło to uwierać zwłaszcza w amerykańskiej gałęzi naszej firmy, menedżer ten został skierowany na trening osobowości. Częścią tego treningu były rozmowy z buddyjskim lamą w trakcie lotów przez Atlantyk. Trening okazał się bardzo skuteczny i nasz kolega wyraźnie złagodniał. Ale wtedy przestał być postrzegany jako wystarczająco agresywny menedżer i musiał pożegnać się z firmą. To symboliczne, że dzisiaj sam Vasella uciekając przed ostracyzmem opuścił Szwajcarię nie podając swojego nowego adresu.

    Ostatnie lata przyniosły nam wiele przykładów ze świata finansów. Znany jest przykład Jamie Dimon’a, szefa JP Morgan Chase. Kiedy firma zanotowała 6 mld straty, zafundował sobie 19% obniżkę premii. Zamiast 23 milionów dolarów, tylko marne 18,7 miliona. No cóż, w kryzysie trudniej się przecież zarządza bankiem. W roku 2011 zmniejszyła się kapitalizacja Bank of America, JP Morgan Chase, Wells Fargo, Citigroup, Goldman Sachs i Morgan Stanley. Nie przeszkodziło to prezesom tych instytucji zainkasować 80 milionów dolarów wynagrodzenia. Rozproszenie akcjonariatu i kumoterskie zasady wyłaniania rad nadzorczych (tak, nie tylko w Polsce mamy z tym do czynienia!) sprawiły, że nastąpiło fundamentalne rozdzielenie własności i zarządzania, ryzyka i nagrody, poczucia przyzwoitości i chciwości.

    Bo jaką, poza chwilowym pogorszeniem samopoczucia, odpowiedzialność za skutki swoich błędnych decyzji ponosi prezes firmy, także na naszym podwórku? Czy może się czegoś obawiać zarabiający 2,2 mln złotych rocznie prezes banku, którego wartość spada o 22% (około 1,5 mld) w wyniku zakwestionowania kontrowersyjnej metody budowania wyniku? Chyba tylko tego, że spadnie mu wartość przyznanych warrantów zamiennych na akcje.

    Czasem prezes trafi na inwestora, który jest zdecydowany nie odpuścić. Znam przypadek firmy, która przyniosła właścicielom stratę ponad 200 milionów złotych w wyniku fałszowania wyników i wzięcia pod te wyniki kredytu bankowego. Zgłoszona w prokuraturze sprawa jest teraz prowadzona przez komisariat policji. Po odczekaniu na korytarzu wspólnie z ofiarą przemocy domowej i kieszonkowcem trafiam przed oblicze młodszej aspirant. Bardzo sympatyczna policjantka spisuje zeznania: „Jak pan powiedział – kowenanty bankowe? Jak to się pisze?” „Poziom zadłużenia w relacji do EBITDA? Proszę mi to napisać na kartce”.

    Ale to nie jest tylko problem żenująco niskiej skuteczności polskiego systemu sprawiedliwości. Generalnie w świecie nie ma mechanizmów dochodzenia odpowiedzialności od szefów firm za błędne decyzje. Spadek wartości dla abstrakcyjnych akcjonariuszy jest traktowany jako normalny aspekt ryzyka biznesowego. Odpowiedzialność i ryzyko mają uzasadniać ekstrawaganckie pakiety wynagrodzeń. Jak przychodzi co do czego, okazuje się że nie ma ani odpowiedzialności ani realnego ryzyka. Pozostaje tylko ekstrawaganckie wynagrodzenie.

  3. Martin Aston pisze:

    „A new type of thinking is essential if mankind is to survive and move toward higher levels” – w sumie prawidłowa parafraza powiedzenia Alberta Einsteina („Nowy typ myślenia jest niezbędny, jeśli ludzkość ma przetrwać i przejść na wyższy poziom”).

    Polski Newsweek, listopad 2011: „Nieodpowiedzialność 
i pazerność bankierów 
wywołują furię 
opinii publicznej. 
Nowe przepisy 
mają przypomnieć, 
że finanse 
to nie to samo 
co hazard”. I co? I nic.

SKOMENTUJ

Zaloguj się i napisz komentarz.

Poznaj Chiny

Artykuły w Kategoriach:

Ziemia Nocą

Teleskop Hubble'a