2013-09-20
Autor: nTimes

Ks. Michał Heller – czy da się pogodzić Boga z Nauką?

Ks-Heller-Education-Yale

„Edukacja” (1890 r.), witraż stworzony przez Louis Comfort Tiffany i Tiffany Studios na Uniwersytecie Yale w New Haven, w stanie Connecticut (USA). Jest to jeden z najbardziej prestiżowych uniwersytetów amerykańskich.

Uzdrowieniem religijności Polaków mógłby być powrót do racjonalności?

– I nawiązanie kontaktów między teologią i współczesną filozofią, a szczególnie jej nurtem analitycznym. Jest on przynależny ugrupowaniom brytyjskim zainteresowanym dialogiem z matematyką, naukami przyrodniczymi i lingwistyką strukturalną. Dotychczas w kulturze katolickiej bardziej istotny jawił się nurt humanistyczny skupiający uwagę na zjawiskach kulturowych, antropologii, literaturze i sztuce. Trzeba to zmienić, nie tylko w Polsce.

Czy papież Franciszek jest nadzieją na mariaż nauki i teologii?

– Wiele lat temu, będąc w Belgii na stypendium, spotkałem katolickiego dziennikarza. Dowiedziawszy się, że zajmuje mnie kosmologia, zauważył, że dla Kościoła dwie rzeczy są najważniejsze – współbycie z biednymi i potrzebującymi i duchowo, i materialnie oraz nauka myślenia. Franciszek ma piękne podejście do miłości i najwyraźniej ten pierwszy postulat spełnia. Czy spełni drugi? Pożywiom – uwidim.

Rosyjskiego nauczył się ksiądz w Rosji?

– Zesłano nas, kiedy byłem mały. Rodzice, moje cztery siostry i ja żyliśmy na skraju tajgi, w obozie, kilkanaście kilometrów od Ałdanu, w rejonie Jakucji. Polacy, polscy Żydzi i Rosjanie. Obóz nazywał się Ugolnyj, czyli tłumacząc na język polski: „Zakątek”.

Nazwa raczej mało adekwatna.

– Ale mnie się tam bardzo podobało! Wspominam raczej lata niż zimy. Tylko trzy miesiące bez śniegu, ale bardzo upalne, z bujną roślinnością, która wdzierała się wszędzie. Pamiętam ją dokładnie, bo mój tato, żeby utrzymać równowagę psychiczną, rysował lokalne pejzaże. Niektóre wiszą na ścianach w moim mieszkaniu.

Latem bawiliśmy się w wojnę. Należałem nawet do gangu. Każdy musiał należeć, bo w przeciwnym razie dostawał lanie od obydwu walczących ze sobą stron. Na strychu stajni w kołchozie mieliśmy swój strzeżony sztab. Nasz szef nazywał się Szurka. Mógł mieć z dziesięć lat. My mieliśmy po siedem.

Musztrował was?

– Tak jest! Spotykaliśmy się prawie codziennie. W moim gangu byli Rosjanie, zresztą wspaniali przyjaciele, i ze dwóch, trzech Polaków. W tym drugim tylko Rosjanie. Nazywaliśmy go „Zielonyje”, bo szefowali mu dwaj bracia, którzy nosili zielone kurtki.

Celem ataku był nasz sztab. Mimo że to zabawa, biliśmy się naprawdę. Raz zostałem otoczony, chcieli mnie rozbroić. Położyłem się na moim drewnianym, wystruganym rewolwerze, a oni mnie, leżącego, tłukli. Nie odebrali mi go, bo ktoś starszy przyszedł i ich przepędził.

A potem?

– Potem to chciałem być bohaterem każdej czytanej książki. Nie mieliśmy na Syberii powieści, nawet rosyjskich. Czasami udało się zdobyć podręczniki do gimnazjum, ale literatura piękna była rzadkością. Ktoś z Polaków zabrał z Polski „Wicehrabiego de Bragelonne”, trzeci tom przygód muszkieterów Aleksandra Dumasa. Podarł na rozdziały, którymi się wymienialiśmy. Kiedy je dopadłem, oczywiście pragnąłem być d’Artagnanem. Pół roku temu, przed wyjazdem do Belgii, chciałem sobie przypomnieć francuski i znów zacząłem czytać „Les Trois Mousquetaires” [Trzej muszkieterowie]. Dobrnąłem do połowy, bo wydało mi się to za naiwne.

A pierwsze intelektualne odkrycie?

– Też w Rosji, już pod koniec wojny. Związek Patriotów Polskich tworzył wtedy przy szkołach rosyjskich polskie klasy. Poszedłem od razu do drugiej. Trzecią też przeskoczyłem, ale już w Polsce. Mam zatem wykształcenie niepełne podstawowe.

Dostaliśmy trochę podręczników. Geografię przeczytałem w dwa dni – podstawowe informacje o kontynentach czy siatce geograficznej, potem przez cały rok nudziłem się na lekcjach. To była pierwsza naukowa rzecz, z jaką się zetknąłem. Do dziś pamiętam, jak wyglądały jej okładki i strony.

Wróciliście z Syberii do Tarnowa w 1946 roku.

– Najpierw po kilkutygodniowej podróży dotarliśmy do Wrocławia, by zasiedlać Ziemie Odzyskane. Kilka rodzin złożyło się i wynajęło wagon, którym pojechaliśmy do Małopolski. Trwało to kilka dni, bo przyczepiano nas do różnych pociągów jadących w kierunku Krakowa. Tam zatrzymaliśmy się u rodziny. Ojciec pojechał do Mościsk i odzyskał swoją dawną pracę.

Był inżynierem.

– Studiował w Wiedniu, potem we Lwowie. Skończył wydział elektryczny i mechaniczny. Z pasji i talentu był prawdziwym człowiekiem renesansu. Znał języki, literaturę, malował.

Nasz dom przy ul. Jarzębinowej był bardzo otwarty. Do dziś niektórzy starsi ludzie mówią na tę willę „Hellerówka”. Przychodzili do nas przyjaciele rodziców i znajomi moich starszych sióstr. Rozmowy, dyskusje i dokarmiająca wszystkich gości mama. Ci, którzy ją poznali, byli pod dużym jej urokiem. Umarła prawie ostatnia z mojej bliższej rodziny. Byliśmy bardzo zżyci, mieszkaliśmy razem. Zawdzięczam jej to, co się zawdzięcza dobrej matce, czyli praktycznie wszystko. O ile trzymającego dyscyplinę ojca troszkę się baliśmy, o tyle mama była zawsze tą chroniącą i pocieszającą.

Ojciec to autorytet?

– Do końca. Dużo rozmawialiśmy z nim o nauce, podsuwał nam lektury. Pasjonowała go matematyka, opublikował nawet kilka prac, które się do dziś zachowały. To on mi wpoił, że ze wszystkich nauk to matematyka jest najważniejsza. Ona jest językiem do wszystkiego.

Do opisania Boga?

– Do opisania świata. Wszystkie prawa przyrody przyjmują postać równań matematycznych. Leibniz, jeden z moich ulubionych filozofów, napisał zdanie, które jest mi bardzo bliskie: „Gdy Bóg rachuje i snuje myśli, staje się świat”. Mówiąc prościej, akt stworzenia odpowiada aktowi obliczenia, boski rachunek urzeczywistnia się w postaci świata. Można powiedzieć, że Bóg myśli matematycznie.

A błędy? Wbrew temu, co pisał Leibniz, trudno przyjąć, że żyjemy w „najlepszym z możliwych światów”.

– Naiwnie jest sądzić, że każdemu elementowi, z jakiego składa się Wszechświat, miałaby być zagwarantowana perfekcja. Najlepszy z możliwych światów nie jest najlepszy ze względu na każdą pojedynczą rzeczywistość, która go zamieszkuje. Max Planck uważał, że Leibnizowska koncepcja „najlepszego z możliwych światów” jest powiązana z obowiązującą w mechanice klasycznej zasadą najmniejszego działania. Oznacza to, że spośród wszystkich możliwości natura wybierze te, które pozwolą jej na osiągnięcie celu najmniejszym kosztem. Bóg, tworząc świat rzeczywisty, bierze pod uwagę całą serię warunków, aby wybrany wszechświat był najlepszy spośród możliwych. Wybiera taką możliwość, która gwarantuje światu największą ilość dobra. Zatem najlepszy świat to taki, w którym największe zbiorowe dobro odpowiada najmniejszemu „obniżeniu wartości” dobra możliwego dla pojedynczych stworzeń, które go tworzą.

Wolność człowieka jest jego częścią składową. Zakłada, że ludzie mogą popełniać czyny złe i straszne, ale świat, w który wpisana jest wolność, jest lepszy od tego, w którym wszystko działoby się z musu, w sposób zdeterminowany.

Chciałbym jednak zwrócić uwagę na częsty błąd, jaki przypisujemy boskiemu działaniu, zakładając czasowość między obmyślaniem aktu a jego realizowaniem. Kiedy Bóg planuje, skutek jest natychmiastowy. On nie przewiduje wyniku swoich działań, ale kontempluje go jako już zrealizowany. Nie jest ograniczony przez niepewność.

Leibniz to księdza ulubiony filozof.

– Jego wyrażenie „Cur aliquid potius existit quam nihil?”, czyli „Dlaczego istnieje raczej coś niż nic?”, jest moim zdaniem sednem metafizyki. Zadając to pytanie, sięgamy po źródło wszystkich przyczyn i zjawisk.

SKOMENTUJ

Zaloguj się i napisz komentarz.

Poznaj Chiny

Artykuły w Kategoriach:

Ziemia Nocą

Komentarze (temp. OFF)

Teleskop Hubble'a