Baklofen - czy mamy wreszcie lek na uzależnienia?
Baklofen może pomóc uzależnionym, którzy trwają w nałogu bardzo długo, próbowali wielu rodzajów terapii i wszystkie zawodziły.
Rozmowa z Robertem Rutkowskim, terapeutą uzależnień.

Dr Olivier Ameisen.
Marcin Kowalski: Czy istnieje tabletka na alkoholizm, jak twierdzi Olivier Ameisen w swojej książce „Spowiedź z butelki”?
Robert Rutkowski: Nie istnieje i nigdy nie będzie istnieć, bo uzależnienia nie da się wyleczyć tabletką. Ameisen doszedł do wniosku, że w jego konkretnym przypadku bardzo pomocne jest lekarstwo o nazwie baklofen, środek zwiotczający mięśnie, czyli niwelujący napięcie i lęk. Przestrzegam jednak przed nadinterpretowaniem tego odkrycia.
Może Ameisen ma rację? Przecież to lęk i napięcie leżą u podstaw uzależnienia.
- Przyczyny uzależnienia są bardziej skomplikowane i bardzo indywidualne, unikajmy uogólnień. Jest taka teoria, że człowiek uzależniony zaczyna wychodzić z choroby, kiedy odbije się od swojego dna. Tylko gdzie leży dno? Znam pacjentów, którzy je osiągnęli, bo upili się trzy razy w życiu, ale rozmawiałem też z takimi, którzy nie widzieli swojego dna, a pili trzy razy dziennie przez 30 lat. Jak w słynnym aforyzmie: „Kiedy myślałem, że leżę na dnie, ktoś zastukał w podłogę”. Środek pomagający Ameisenowi wcale nie musi być pomocny dla innego uzależnionego. A nawet może okazać się dla niego szkodliwy.
Ameisen przedstawia mnóstwo dowodów na skuteczność baklofenu. To nie tylko świadectwo jego życia, ale również ekspertyzy naukowców z wielu krajów.
- Wszystkie te dowody sprowadzają się do jednego: ograniczenie napięcia mięśni, a co za tym idzie - lęku - może okazać się pomocne w leczeniu uzależnienia, szczególnie na etapie mocno zaawansowanym. I trudno ten fakt kwestionować.
Autor „Spowiedzi z butelki” idzie dalej. Uważa, że dzięki baklofenowi wrócił do kontrolowanego picia. Czyli całkowicie pozbył się uzależnienia.
- Człowiek nie musi być uzależniony do końca życia. Spotkałem ostatnio swojego byłego pacjenta, który przyznał, że jest smakoszem wina, od 10 lat nie wpadł w ciąg. Dlaczego mam mu nie wierzyć?
Bo w mózgu, w ciele migdałowatym, mamy zakodowane wszystkie przyjemności z całego życia. Dlatego alkoholik, który zapije po 20 latach abstynencji, najczęściej wpada w ciąg.
- Najczęściej, ale nie zawsze. Od 26 lat nie biorę heroiny, jestem od niej uzależniony. Gdybym tylko wziął małą działkę, pewnie bym popłynął. Tak daje o sobie znać uzależnienie na poziomie psychologicznym. Jest jednak również drugi aspekt - społeczny. Przecież nałóg to nic innego jak permanentne robienie sobie przyjemności za pomocą substancji psychoaktywnych. Nie ma większego znaczenia, czy wywołujemy ten stan alkoholem, narkotykami, oparami kleju albo marihuany. Narzędzia schodzą na dalszy plan, liczy się efekt. Terapia ma zniwelować ciekawość substancji psychoaktywnych do zera. U mnie ta ciekawość zanikła. Nie jestem całkowitym abstynentem - potrafię wypić lampkę wina albo szklankę piwa. Nie odczuwam jednak pragnienia, żeby się upić, chemia nie jest mi do niczego potrzebna. Zapędziłem do roboty swój mózg, uruchomiłem zasoby własne, hormony szczęścia aż hulają! Pacjentom zawsze powtarzam: nie ma reguły, która pozwoli wrócić do kontrolowanego picia czy brania. Choć nie ukrywam, że istnieją osoby, którym to się udaje.














Odpowiedź terapeuty:
Nowy, cudowny lek na alkoholizm? 99% skuteczności. Ekspert: Mam duże wątpliwości…
Myślę, że jednak - pomimo sceptycyzmu terapeuty, który oczywiście najbardziej wierzy w „swoją” misję (to tak, jakby Lew-Starowicz miał się zachwycać konkurentką Viagrą) dużo ważnych i pozytywnych odpowiedzi - jak zwykle - wnoszą komentarze pod artykułem.