2014-04-14
Autor: nTimes

ABC Wirtualnego Kapitalizmu, poradnik psychologiczny

Jak wiadomo, Chiny są producentem wszystkiego. Ta produkcja odbywa się w tysiącach fabryk, gdzie w półniewolniczych warunkach pracują ogromne masy wyrobników. Możliwe to jest między innymi dlatego, że wieś chińska jest rezerwuarem ludzi „nielegalnych”, urodzonych bez pozwolenia, a więc praktycznie pozbawionych praw obywatelskich. Rodzina chińska, jak wiadomo, musi się ubiegać o pozwolenie na urodzenie dziecka. Jeśli pojawi się nadliczbowe potomstwo, to formalnie po prostu go nie ma. W tym miliardowym społeczeństwie, które bieda i reżim polityczny i tak zmuszają do nieproporcjonalnego wysiłku ekonomicznego, istnieje więc ogromna podklasa, której praca nie kosztuje prawie nic. Ale owoce tej pracy – zabawki, ubranka, gadżety – sprzedawane są w całym świecie za zupełnie rzeczywiste pieniądze. Te pieniądze płyną stałym strumieniem do dysponentów gospodarki chińskiej. Ale zdolność do ich absorpcji jest ograniczona. Bez przerwy rośnie góra dolarów.

Ten mechanizm nie dotyczy tylko Chin. On dotyczy wszystkich gwałtownie rozwijających się krajów dawnego Trzeciego Świata, świata biedy, która pędzi za oddalającym się światem bogactwa. Góry pieniędzy rosły w Indiach, w Indonezji i Brazylii, w krajach eksportujących surowce energetyczne jak Rosja czy Arabia Saudyjska. Te góry pieniędzy były przerażające. Rzucały cień na politycznych dysponentów władzy ekonomicznej, zmuszały do pytania: co z tym robić?

Pieniądze bowiem nie mogą sobie tak po prostu leżeć. Pieniądze są przepływem, zatrzymane stają się nicością, która wsysa tych, którzy nimi dysponują. Tezauryzacja, zamiana ich na jakieś kruszce i trzymanie w ukrytych skarbcach, była dobra dla królów epoki feudalnej. Dziś nadwyżki pieniądza trzeba długofalowo inwestować.

Chińscy władcy i wszelcy im podobni stawali więc i stają przed wyborem, w co te góry pieniędzy inwestować. Powtórzmy raz jeszcze: to nie jest swobodna decyzja – albo zainwestuję, albo nie… To sytuacja bezwzględnego przymusu, gdzie jakiś wysoki urzędnik odpowiedzialny za te kupy pieniędzy i wszyscy mu podlegli drżą na myśl o spojrzeniu odpowiedniego sekretarza biura politycznego i o pytaniu, które temu spojrzeniu nieuchronnie będzie towarzyszyć: A jak tam, towarzysze, z wykorzystaniem naszych nadwyżek eksportowych? – I o tym, że nieprawidłowa odpowiedź wykorzystana zostanie przez setki ostrzących sobie zęby rywali, by zepchnąć delikwenta w otchłań, na powstanie której sam pozwolił.

Co więc mogą zrobić z ową górą pieniędzy? Mogą budować nowe fabryki, drogi, zapory, wieżowce… Oczywiście, robią to; ale to nic, wszystko mało, zdolność absorpcji kapitału przez rodzimą gospodarkę zbyt słaba, kupa dolarów rośnie szybciej, niż ją się wydaje. Mogliby więc podnieść płace robotników. Ale to akurat oznaczałoby strzelenie sobie w stopę. Bo przecież cała maszyna oparta jest na tym, że chiński robotnik pracuje prawie za nic… Nie, taki postulat postawić mogliby tylko jacyś, nie przymierzając, komuniści. To znaczy – to chińscy przywódcy są komunistami, więc już naprawdę nie wiadomo, kto miałby te postulaty formułować.

Tak czy inaczej, w Chinach nie ma gdzie upchnąć gór pieniędzy, które stale rosną. Podobnie jak nie było gdzie ich upchnąć w Rosji, gdy sprzedawała ropę po sto kilkadziesiąt dolarów za baryłkę, podobnie z Arabią Saudyjską…

4. Znienawidzony zbawca: USA

Na szczęście była Ameryka. I tu wracamy do sprawy zaufania. No bo nieszczęśni chińscy, rosyjscy, saudyjscy dysponenci wielkich kup pieniędzy musieli komuś zaufać. Ile można kupować sobie złotych muszli klozetowych, odrzutowców i limuzyn, kawioru i niewolnic, zresztą wszystko to mało, kupy rosną i trzeba coś z nimi zrobić!

Komu zaufa chiński dyrektor banku, rosyjski „siłowik”, saudyjski książę? Swemu koledze? Towarzyszowi z organów? Kuzynowi z innej matki? Nie! Oni zaufają temu, kto powie: ja to wezmę! Tak, tak. Żeby zdobyć ich zaufanie, wystarczy właściwie odpowiedzialnie powiedzieć: ja to biorę. Bo – wbrew pozorom – nie ma wielu takich, którzy wezmą setki miliardów, biliony dolarów ze świadomością, że trzeba je oddać. Każdy, kto ogląda gangsterskie filmy – szczególnie takich na przykład braci Coen – wie, że dla zwykłego człowieka wzięcie znalezionej walizki pieniędzy jest niebezpieczne. Jest nieszczęściem. Jest klątwą.

Chiński dysponent miliardów dolarów z radością więc wita amerykańskiego emitenta obligacji, który mówi mu: biorę wszystko, oddam z procentem. Ten amerykański emitent jest właściwie jedynym, który się zjawia. Wybawia z kłopotów, więc „siłowik” pije z nim najmocniej zmrożoną wódkę, pustynny książę zaprasza na polowanie z sokołem, zaś chiński oligarcha organizuje wielką chińską kolację z 768 daniami. Kochają tego amerykańskiego emitenta obligacji, bo uwalnia ich od upiornej kupy pieniędzy.

Choć tak w ogóle to go przecież nienawidzą jak psa. Jak lud Han nienawidzi upiorów zza morza, jak ludzie Ummy niewiernego, jak spadkobiercy Bizancjum – łacinników. Paradoksalnie, zaufanie do Ameryki opiera się na głębokiej mieszaninie fascynacji, niechęci, zazdrości i bezradności. Z akcentem na niechęć i bezradność. Kto bowiem jest naprawdę godny zaufania? Tam gdzie rządzi siła, naprawdę godny zaufania jest ten, którego nie mogę zniszczyć, jakkolwiek bardzo bym chciał. Chińczyk wiedział, jak kruchy jest Ruski. Ruski wiedział, że Chiny za chwilę mogą zadrżeć. Wszyscy wiedzieli, że islamskie reżimy i królestwa to beczki prochu. A ta cholerna Ameryka wydawała się niezniszczalna. Więc tylko jej można było powierzyć najcenniejsze. Tak cenne, że parzące dłonie. Góry pieniędzy.

5. Niezniszczalna (jak WTC) Ameryka

Trzeba zwrócić uwagę, że owo wymuszone zaufanie, o którym mówimy, jest zaufaniem do wyobrażeń. Z perspektywy reszty świata Ameryka lat dziewięćdziesiątych to przede wszystkim ciąg pozornie niezniszczalnych wyobrażeń. Jej banki, Chase Manhattan, Salomon BrothersCiti, jej potęga militarna, floty ponumerowane od jednego do dziesięciu i samoloty na F, jej miasta z drapaczami: WTC i Sears Tower, jej komputery i teledyski, i filmy, filmy, filmy, które to wszystko opowiadały ludziom na całym świecie; wszystko to, patrząc z zewnątrz, były znaki, symbole budzące poczucie bezpieczeństwa przez to, że powszechnie znane, uniwersalne, nienaruszalne. Kto musiał powierzyć wielkie dobra, kto szukał powiernika, zwracał się właśnie ku nim. Miast zaufać sąsiadowi, z którym wiadomo, jak jest, albo komuś nieznanemu, o którym nic nie wiadomo, powierzał więc właśnie owym symbolom pewności. Zaufanie bowiem nie jest zaufaniem do ludzi po prostu, jest zaufaniem do symboli i znaków, oznaczających ten aspekt człowieczeństwa, który wiąże się z trwałością w czasie, z pewnością i niezmiennością.

Amerykański emitent obligacji, który sprzedawał je chińskim czy arabskim decydentom, pozwalając pozbyć się gór pieniędzy, nie był więc tak naprawdę traktowany jak człowiek, w całej pełni złożoności tej istoty. Był dla nich symbolem jedynego stabilnego porządku instytucjonalnego, który w przerażonej wyobraźni reprezentował „prawie wieczność”. W tej skali wymuszone zaufanie może dotyczyć tylko znaków i symboli. I oczywiście, znaki i symbole zyskują dzięki temu ogromną wartość, co więcej, zyskują ogromną władzę. To jeden z elementów nadal przytłaczającej resztę świata władzy Zachodu.

6. Gorący kartofel

Wydawałoby się, że wraz z momentem, w którym „gorący kartofel” miliardowych sum zalegających dysponentom pracy i bogactwa różnych biednych krajów przerzucony został w ręce amerykańskich emitentów obligacji, problem przestaje być palący. Ale nie, gdyż nawet w rękach rekina z Wall Street gorący kartofel pozostaje gorący. Trzeba go komuś podrzucić, a to znaczy, że olbrzymie pieniądze, które teraz leżą na kontach amerykańskich instytucji finansowych, trzeba komuś pożyczyć. Komu? Obywatelom. Przede wszystkim obywatelom USA, w drugiej kolejności innych krajów Zachodu. Trzeba namówić miliony ludzi, by brali te pieniądze w formie kredytów; a potem budowali domy, kupowali samochody, ciuchy, kształcili się, bawili… Stąd, jeśli Zygmunt Bauman mówi, że źródłem kryzysu była deregulacja polityki kredytowej, dopuszczona 20-30 lat temu przez neoliberalne rządy i połączona z nią „spuszczona z łańcucha” ludzka chęć użycia, to dodać do tego trzeba trzeci element, który jednak w istocie jest warunkiem dwóch poprzednich. Ten trzeci element to właśnie parcie ogromnych kup pieniędzy, które, przeniesione z reszty świata, musiały zostać gdzieś ulokowane.

Lokowane były więc w podnoszeniu poziomu życia ludzi Zachodu. Ten poziom życia rósł dzięki powierzaniu owoców pracy milionów biednych: Chińczyków, Hindusów, Malajów, symbolom zaufania stworzonym przez Amerykę. Owoce tej pracy, w postaci gór pieniędzy, pozwalały nie przejmować się już regułami bezpieczeństwa banków, zasadami wyceny kredytów, niczym…

Oczywiście, kredyt hipoteczny hipotetycznie winien zostać spłacony. Po dwudziestu, trzydziestu latach pracownik jakiejś firmy z Cleveland powinien spłacić ów domek na przedmieściu, na który wreszcie, jak mu się wydawało, było go stać. W końcu o tym, że go stać, powiedział mu pracownik banku, który oceniał jego zdolność kredytową. I tak dalej w górę, od lokalnego banku do wielkich instytucji emitujących wspomniane obligacje. Sęk w tym, że co najmniej część z tych bankowców wiedziała, iż nie chodzi tu o własną zdolność wypracowania majątku – nawet przez całe życie – owego pracownika z Cleveland, tylko o pozbycie się „gorącego kartofla”, który temu człowiekowi trzeba wcisnąć. Dlatego Bauman może zauważyć, że przez ostatnie dwadzieścia lat banki odżegnywały się od dłużników spieszących ze zwrotem pieniędzy. Odżegnywały się, bo one pieniądze chciały lokować.

A skąd wiemy, że bankowcy wiedzieli? Domyślamy się po tym, że owi bankowcy wymyślili sprzedawanie ryzyka tych kredytów tym, którym narastały góry pieniędzy.

I tu dochodzimy do fascynującego tematu sekurytyzacji.

7. Magiczne rozwiązanie: Sekurytyzacja

Po raz pierwszy tego trudnego pojęcia użył podobno w 1977 r. udzielający wywiadu dziennikarce pracownik firmy Salomon Brothers. Niedawno. Czym jest sekurytyzacja? Jak twierdzą ekonomiści, jest to sprzedawanie innym podmiotom części zysku z czegoś tam, ale razem z ryzykiem związanym z osiąganiem tego zysku. Jeżeli bankier udziela kredytu, to ponosi ryzyko, że zaciągający kredyt go nie spłaci. Otóż może sprzedać, za żywe pieniądze, komuś trzeciemu obietnicę, że jeśli kredytobiorca będzie spłacał swój dług, to on zyskiem podzieli się z tym trzecim. Ale jeśli kredytobiorca nagle przestanie spłacać, to pieniądze tego trzeciego przepadają. W ten sposób bankier znacznie zmniejsza swoje ryzyko, bo sprzedając obietnicę, pieniądze już dostał, zaś ryzyko ponosi ten trzeci; bo jeśli pożyczający mieszkaniec Cleveland kredytu nie odda, to ten trzeci, który odkupił od bankiera obietnicę wraz z ryzykiem, przegra.

I to właśnie zdarzyło się w 2008 r. Tym trzecim był w zasadzie cały świat, poza Ameryką. Szczególnie europejskie instytucje finansowe, trzymające na kontach ogromne sumy z funduszy emerytalnych europejskich, starzejących się obywateli, chętnie kupowały obietnice amerykańskich banków, takich jak właśnie ów Salomon Brothers albo niesławnej pamięci Lehman Brothers. Dziesiątki lat Europejczycy z zaufaniem powierzali znaczną część swoich, niemałych przecież, zarobków wielkim bankom i ich instytucjom emerytalnym. A te kupowały papiery oparte na amerykańskich pożyczkach hipotecznych, udzielanych „na nowe domy”, wraz z ryzykiem, że te pożyczki nie zostaną spłacone. Ale nie tylko Europejczycy weszli w tę grę. Owe obietnice na papierze kupowali z zamkniętymi oczami wspominani tu już chińscy, rosyjscy czy arabscy dysponenci bogactw. Bo pozwalały one pozbywać się parzących ich ręce, stale rosnących kup pieniędzy.

I znowu kupowali amerykańskie papiery, bo po pierwsze, Amerykanie je oferowali, a po drugie, wszyscy mówili sobie: No, kto jak kto, ale Lehman Brothers nie zbankrutuje… Ufali sile i trwałości amerykańskich symboli porządku finansowego. Ufali, że nawet jeśliby coś było nie tak, to amerykańska władza polityczna nie pozwoli na niewypłacalność instytucji będących nośnikami owej pewności symbolicznej. W tej niezbyt odległej epoce zaufanie było potężną siłą, siłą, której rozmach był odwrotnie proporcjonalny do jej dzisiejszego ograniczenia.

8. Ryzykujesz? To jesteś biedny

Co więcej, finansiści, szczególnie amerykańscy, mówili wtedy, że możliwe są operacje finansowe bez ryzyka. Bez czyjego ryzyka, pytamy? Bez ich ryzyka. I z mniejszym ryzykiem ludzi Zachodu. Zaś z większym ryzykiem tych kilku miliardów mieszkańców biednych krajów, którzy i tak żyją w nędzy. Więc w pewnym sensie jest im wszystko jedno. Niezależnie od deklarowanych intencji twórców tego rodzaju instrumentów sekurytyzacja przenosiła ryzyko z bogatych na nieco biedniejszych i tych zupełnie biednych. I w ten sposób właśnie zadziałała.

Zgodnie z przewidywaniami mieszkaniec Cleveland przestał spłacać swój kredyt. Niektóre banki, jak Lehman Brothers, zbankrutowały. Amerykański rząd do tego dopuścił. Wszyscy zaczęli podejrzewać, że inni nie mają już kup pieniędzy, że zostały one wydane na domy, samochody, ciuchy i elektroniczne zabawki kupowane przez zachodnich konsumentów. Jeśli nawet inne banki dostały rządową pomoc, oznaczającą drukowanie pustych pieniędzy, to i tak wszystko zaczęło tracić wartość. Kupione kiedyś wraz z ryzykiem obietnice okazały się bez pokrycia. Ponieważ amerykańscy kredytobiorcy przestali spłacać kredyty, zgodnie z treścią umów sekurytyzacyjnych pieniądze, za które Europejczycy, Rosjanie, Chińczycy i wszyscy inni kupowali ryzyko – myśląc, że tak naprawdę nie ma ryzyka – przepadły. Nieludzki trud ludzi z Trzeciego Świata sfinansował kilkanaście lat prosperity Ameryki i innych krajów Zachodu. To tu bowiem pozostały dobra, które w okresie prosperity zbudowano i kupiono, oraz – last but not least – urocze wspomnienie dziesiątka lat niepowstrzymanej konsumpcji.

O Autorze

nTimes

 > John Lennon "Imagine": Imagine there’s no Countries... Imagine no Possession... Nothing to Kill or Die For... And no Religion too... No Need for Greed or Hunger... A Brotherhood of Man... Mahatma Gandhi: Najpierw cię ignorują. Potem śmieją się z ciebie. Później z tobą walczą. W końcu wygrywasz • Siedem grzechów społecznych: polityka bez zasad, bogactwo bez pracy, przyjemność bez sumienia, wiedza bez osobowości, wiara bez poświęcenia, nauka bez człowieczeństwa oraz handel bez moralności • Religie to różne drogi prowadzące do tego samego celu. Jakaż to jest różnica, którą z nich wybierzemy? Jaki cel więc mają te kłótnie między nami? • Słabi nigdy nie potrafią przebaczać. Przebaczenie jest cnotą silnych • Jakże wielkiej daniny grzechu i błędów wymaga od człowieka bogactwo i władza • Nie znam większego grzechu niż uciskanie słabszych w imieniu Boga • Jest wiele powodów, dla których mogę być przygotowany na śmierć, ale nie ma żadnego, dla którego gotów byłbym zabić. Albert Einstein: Nie ma rzeczywistości samej w sobie, są tylko obrazy widziane z różnych perspektyw • Gdy miałem dwadzieścia lat, myślałem tylko o kochaniu. Lecz później kochałem już tylko myśleć • Tylko dwie rzeczy są nieskończone: wszechświat i ludzka głupota. Co do tej pierwszej istnieją jednak pewne wątpliwości • Nauka bez religii jest kaleka, religia bez nauki jest ślepa • Jestem bardzo głęboko religijnym niewierzącym • Gospodarcza anarchia społeczeństwa kapitalistycznego w jego dzisiejszej formie jest, moim zdaniem, prawdziwym źródłem zła • Wszyscy wokół wiedzą, że czegoś nie da się zrobić. I wtedy pojawia taki, który o tym nie wie, i on właśnie to coś robi • Nie wiem, jaka broń będzie użyta w trzeciej wojnie światowej, ale czwarta będzie na maczugi.



SKOMENTUJ

Zaloguj się i napisz komentarz.

Artykuły w Kategoriach:

Ziemia: Pory Roku

Pogoda

Warszawa
Słonecznie
27°C
Ciśnienie: 1020 mb
Wilgotność: 38%
Wiatr: 22 km/h NW
Prognoza 2015-07-17
dzień
Częściowo słonecznie
28°C
noc
Częściowo pochmurno
15°C
 

Ziemia Nocą

Start. Zrobimy to razem!

Chcemy Ci dać portal, jakiego brakuje. Inteligentny, rzetelny, wszechstronny, profesjonalny. Aha, i - taki "drobiazg" - uczciwy. Tu znajdzie pracę wielu z Was, chcących pisać o Wiedzy, nie o celebrytach. Wpłać choćby 5 zł, wystarczy! Zobaczysz jak wielu z nas jest urzeczonych Nauką i Wiedzą. Odpłacimy Ci się z nawiązką - wiemy jak, mamy na to pomysł. Zdrowy Kapitalizm, a nie dzisiejszy Przekrętalizm.