IgNoble 2013 przyznane! Czy krowy kładą się chętniej…
6. Chemia. Za odkrycie, dlaczego cebula wyciska łzy z oczu.
To odkrycie powinno być bliskie wszystkim smakoszom, a zwłaszcza wielbicielom cebuli w kuchni. Zanim japońscy biochemicy z centrum badawczego House Foods Corporation (jednego z największych japońskich producentów żywności) przyjrzeli się sprawie, o łzawienie oskarżano enzym allinazę. Scenariusz miał być następujący: przecięcie cebuli powoduje, że allinaza miesza się z aminokwasami zawierającymi siarkę, wskutek czego tworzą się kwasy sulfonowe, które samorzutnie przekształcają się w lotny S-tlenek tiopropanalu. To ten związek dyfunduje w powietrzu do oczu i podrażnia śluzówkę. Oko się broni i stara rozcieńczyć drażniącą substancję, dlatego łzawimy. Japończycy w roku 2002 odkryli, że w tym scenariuszu brakuje jeszcze jednego ważnego bohatera - to pewien nieznany wcześniej enzym nazwany LFS, bez którego drażniąca substancja by nie powstała. Odkrycie opisane w tygodniku „Nature” ma niebagatelne znaczenie dla kuchni, bo oznacza, że można wyhodować cebulę, która nie podrażni oczu. Trzeba tylko wyciszyć geny, które produkują ten enzym. Kilka lat potem rzeczywiście udało się to zrobić pewnej firmie z Nowej Zelandii, dzięki czemu powstały pierwsze cebule, nad którymi już nie musimy płakać. Wcześniej, gdy o wywoływanie łzawienia podejrzewano wyłącznie allinazę, taki obrót spraw był nie do pomyślenia, bo ten enzym przyczynia się do powstania substancji dających cebuli jej niezapomniane smak i aromat. Pozbycie się allinazy oznaczałoby jednocześnie zepsucie smaku - dopiero wtedy byśmy zapłakali w kuchni rzewnymi łzami.
7. Antropologia. Nagroda powędrowała do dwóch dzielnych amerykańskich antropologów, którzy ugotowali ryjówkę - niewielkiego gryzonia - i połknęli ją bez gryzienia. Żeby sprawdzić, co z nią zrobi ludzki układ trawienny.
Brian Crandall i Peter Stahl zrobili to dla dobra archeologii. W miejscach wykopalisk często znajdowali kości i szczątki drobnych ssaków, przede wszystkim gryzoni, które - jak się domyślali - były pozostałością po strawionym menu naszych praprzodków. Nie byli jednak tego pewni, więc chcieli raz na zawsze przeciąć spekulacje i ustalić, jak wygląda zwierzę jako tako przyrządzone i pospiesznie zjedzone po tym, jak już wyjdzie drugą stroną człowieka.
Eksperyment i jego rezultaty opisali w roku 1995 w „Journal of Archaeological Science”. Jest to fascynujący opis poświęcenia na ołtarzu nauki, choć do dziś nie wiadomo, który z nich - Crandall czy Stahl - połknął ryjówkę krótkoogoniastą (mierzyła 9 cm bez ogona). Została ona lekko ugotowana, właściwie tylko przez dwie minuty lekko zaparzona we wrzątku, a potem kończyny przednie, tylne, głowa oraz ciało i porcje ogona zostały połknięte „bez żucia”. Odchody badacze zbierali przez trzy kolejne dni i szukali w nim fragmentów kości. Z wielkim zdziwieniem odkryli, że bardzo dużo kości zupełnie się rozpuściło. Znikł duży fragment szczęki, cztery z 12 zębów trzonowych, kilka głównych kości nóg i stóp, prawie wszystkie palców. Przetrwał tylko jeden z 31 kręgów, a czaszka pojawiła się, jak pisali antropolodzy, „bardzo uszkodzona”. A przecież w ogóle nie przeżuwali swego posiłku!
Ta praca z pewnością dała wiele do myślenia archeologom, którzy przecież bardzo często muszą się zastanawiać, jaka historia kryje się za odnalezionymi fragmentami kości czy też ich uszkodzeniami.
8. Nagroda pokojowa. Dostał ją Aleksander Łukaszenka, białoruski dyktator, za zdelegalizowanie uśmiechów i oklasków w miejscach publicznych.
Zgodnie z najlepszą tradycją Pokojowych Nagród Nobla ich parodia także jest kontrowersyjna. Bo Białorusinom, którzy muszą żyć w kraju rządzonym przez dyktatora, wcale nie jest do śmiechu. Uśmiechy i oklaski to w zasadzie jedna z niewielu pokojowych broni, jaka im pozostała, aby przeciwstawić się władzy. A Łukaszenka boi się ironii i śmiechu jak ognia, bardziej niż krytyki i embarga. Białorusini nie zobaczyli np. w kinach filmu Sachy Barona Cohena „Dyktator”, który wyśmiewa dyktatorski styl rządzenia, bo reżim nie pozwolił na jego dystrybucję. Z rosyjskich kanałów retransmitowanych przez białoruskie telewizje starannie są wycinane wszelkie żarty, których obiektem jest Łukaszenka. Z drugiej strony każdy taki żart niemal natychmiast publikowany jest na YouTubie i staje się hitem. Kilka lat temu Białorusini wymyślili, że będą wspólnie klaskać na ulicach, by w ten sposób omijać zakaz demonstracji i skandowania. Policja zaatakowała ich wtedy gazem łzawiącym i pobiła setki ludzi, a klaskanie w miejscach publicznych zostało zabronione.
9. Nagroda z probabilistyki. Za pracę badawczą pod tytułem „Czy krowy kładą się z tym większym prawdopodobieństwem, im dłużej stoją?”.
Pytanie postawione w tytule pracy, którą trzy lata temu opublikowało w „Applied Animal Behaviour Science” pięcioro badaczy ze Szkocji, może wydać się dziwne. Kogo obchodzi, jak często i kiedy kładą się krowy? Okazuje się, że zainteresowany jest przemysł mleczarski. Ledwie dziesięć lat wcześniej szwedzcy naukowcy przedstawili analizę pt. „Wpływ częstości dojenia na kładzenie się i wstawanie krów”. W warunkach intensywnej hodowli każdy szczegół się liczy i jest na wagę złota, a raczej mleka. Szkoci zainstalowali na badanych krowach specjalne elektroniczne czujniki i najpierw przekonali się - bez większego zdziwienia - że krowy wstają tym chętniej, im dłużej leżą. Jeśli jednak już wstaną, to nie sposób przewidzieć, kiedy się z powrotem położą. Prawdopodobieństwo tego nie zależy od czasu stania. Ten wynik, przyznajcie, jest nieco zdumiewający. Niestety, praca nie zawiera żadnych sugestii co do tego, jak to się ma do mleczności. I choć ta nagroda z probabilistyki jest jak najbardziej zasłużona, to jednak pozostawia pewien niedosyt.
10. Zdrowie publiczne. Nagrodę otrzymało siedmioro lekarzy z Bangkoku w Tajlandii za zarekomendowanie najlepszych chirurgicznych technik przyszywania odciętych penisów.
Ich nagrodzona praca opublikowana w 1983 roku w „American Journal of Surgery” dotyczy głośnej swego czasu „epidemii obciętych penisów” w Tajlandii. Mianowicie w latach 70. zeszłego wieku dość często zdarzało się, że tajskie żony upokorzone niewiernością męża czekały, aż położy się on do łóżka, i we śnie obcinały mu przyrodzenie. Nie dość tego, obcięty członek często lądował po tym zabiegu za oknem, na podwórku, gdzie mógł paść łupem domowego ptactwa lub świń (stąd się bierze ponury żart, niezrozumiały dla obcokrajowców, rzucany przez imprezujących mężczyzn: „Lepiej już pójdę do domu, bo inaczej kaczki będą miały co jeść”). Nic dziwnego, że tajscy chirurdzy, zmagając się z narastającym problemem przyszywania i rekonstrukcji penisów, mieli też okazję doskonalić techniki zabiegów. W omawianej pracy analizują 18 przypadków, z którymi mieli do czynienia. Kończy ją dopisek: „Ciekawe, że żaden z naszych pacjentów nie wniósł oskarżenia przeciwko żonie”. Rzeczywiście, ciekawe.
Piotr Cieśliński
Źródło: Wyborcza.pl
Pozostałe 117% treści możesz przeczytać, wykupując abonament Saksofon Tenorowy. Niestety, nie wiemy jak to zrobić. Nie klikaj tutaj, bo tu nie ma linku.










