Rozwarstwienie płac na świecie wciąż rośnie

Gdy część milionerów domaga się, żeby ich wyżej opodatkować, inni płacą sobie więcej, niż wynoszą podatki ich firm. Pod względem nierówności dochodów Stany Zjednoczone plasują się wśród takich ubogich państw, jak Kamerun, Wybrzeże Kości Słoniowej, Uganda i Jamajka.
Kilkudziesięciu amerykańskich miliarderów obiecuje zostawić społeczeństwu większość swego majątku. Kilkudziesięciu milionerów apeluje do Kongresu, aby ich wyżej opodatkować. Te wspaniałomyślne gesty póki co ani nie zmieniają prawa, ani systemu wartości i zasad moralnych. Można by je co najwyżej potraktować jako symptom pożądanej refleksji nad stanem gospodarki i sposób dzielenia się bólem kryzysu. Ale i taki wniosek może być przedwczesny.
Demokraci i Republikanie coraz rzadziej znajdują wspólny język, ale co do jednego zdają się ze sobą zgadzać. I jedni, i drudzy wierzą, że trzeba obniżyć stopę podatków, jakie płacą amerykańskie korporacje. A tu nagle okazuje się, że w przypadku wielu ogromnych firm podatki, które trafiają do skarbu państwa, bledną w zestawieniu z tym, co trafia do kieszeni szefów tychże przedsiębiorstw.
Z ogłoszonego właśnie raportu przygotowanego przez Institute of Policy Studies i opublikowanego 31 sierpnia 2011 w „The Washington Post” wynika, że z setki najlepiej w zeszłym roku opłaconych prezesów, co czwarty, czyli dwudziestu pięciu, zarobił więcej niż wyniosły podatki całej firmy. Średnia zysków tych 25 firm wyniosła w 2010 roku 1,9 mld dolarów. Znalazły się wśród nich General Electric, Boeing, eBay, Bank of New York Mellon.
Prezesi tych firm - powiedział jeden z autorów raportu - są szczodrze nagradzani za unikanie podatków. 18 z tych 25 korporacji prowadzi działalność gospodarczą w krajach uznanych przez władze USA za raje podatkowe. W 1970 r. przeciętna zarobków szefa w największych amerykańskich korporacjach była 28 razy wyższa niż przeciętna zarobków wszystkich pracowników. W 2005 r. skoczyła do 158 razy i dalej się wspina. Cytowany wcześniej raport Institute of Policy Studies szacuje, że w 2010 proporcja ta wyniosła 325 do 1.
Koniec raju
Egalitaryzm nigdy nie był w Ameryce modny. Mało kto pomstował tu na rozpiętości dochodów, które gdzie indziej uchodzą za nieprzyzwoite. Lecz to się szybko zmienia, gdy miliony ludzi tracą pracę, a współautorzy tej klapy wypłacają sobie i swym adiutantom gigantyczne premie.
Badania opinii publicznej wskazują już od ćwierćwiecza, że zdaniem przeszło 60 proc. ankietowanych rozpiętości dochodów w Ameryce przekroczyły granice zdrowego rozsądku. Stany Zjednoczone nie są jedynym krajem, w którym rozpiętości rosną - dzieje się tak w Wielkiej Brytanii, Chinach i Indiach, ale trend ten widać najwyraźniej właśnie w USA.
Po Wielkim Kryzysie - po trosze za sprawą Nowego Ładu, po części za sprawą silnych związków zawodowych i ekspansji wysoko opłacanych przemysłów, takich jak stal czy samochody, a także w wyniku progresywnych podatków - luki w dochodach skurczyły się. Boom powojenny był dobry dla wszystkich. W latach 1947-73 płace realne wzrosły o ponad 80 proc., a dochody najbogatszych o prawie 40 proc. Do urawniłowki było wciąż daleko, lecz Ameryka stała się prawdziwym rajem klasy średniej.
Zaczęło się to zmieniać, dość nieoczekiwanie i początkowo niezauważalnie, w połowie dekady lat 70. Przemysł, silna baza związków zawodowych, które wymuszały wysokie płace, zaczął tracić grunt. Stal przegrała konkurencję z Azją, potem przemysł samochodowy pod presją Japonii zaczął ostro ciąć koszty, także płacowe. Ewolucja od przemysłu do usług nie sprzyjała ruchowi związkowemu, który znalazł się w odwrocie i nigdy się już nie odrodził.
Rozwarstwienie dochodów wzrosło, i to znacznie. Cięcia podatkowe administracji Busha spotęgowały przepaść między najbogatszymi i resztą Ameryki, choćby dlatego, że dywidendy i zyski kapitałowe są opodatkowane w sposób preferencyjny. Jak ostatnio przypomniał Warren Buffett, efektywna stopa podatkowa dla ludzi o skromnych dochodach jest często wyższa niż dla milionerów.











