Globalizacja przekroczyła Rubikon

Polska ma szczęście, że należy do UE, ale nie jest członkiem strefy euro – mówi profesor ekonomii na Harvardzie w rozmowie z Grzegorzem Siemionczykiem
Co to jest trylemat polityczny, w obliczu którego – jak pan mówi – stoi światowa gospodarka?
Trylemat zasadza się na tym, że głęboka integracja ekonomiczna, czyli hiperglobalizacja, demokracja i suwerenność narodowa, są ze sobą nie do pogodzenia. Każdy kraj może dążyć jednocześnie tylko do dwóch z tych celów. Jeśli postawi na demokrację, może pozostać suwerenny tylko pod warunkiem, że nie podda się globalizacji. A jeśli chciałby globalizacji i demokracji, to musi oddać część władzy na szczebel ponadnarodowy. Cała historia gospodarcza ostatnich stuleci jest ilustracją tego trylematu, ale ostatnio jego najwyraźniejszą manifestacją jest kryzys w strefie euro. Jeśli jej członkowie chcą kontynuować integrację ekonomiczną przy zachowaniu demokracji, muszą zbudować prawdziwą unię polityczną. Jeśli bardziej zależy im na suwerenności, muszą zejść z drogi integracji ekonomicznej.
Alternatywnie, mogą zrezygnować z demokracji. Europejscy politycy zrobili już w tym kierunku pierwsze kroki: w 2009 r. nakłonili Irlandię do powtórzenia referendum w sprawie traktatu lizbońskiego, a w 2011 r. Grecję do rezygnacji z referendum w sprawie warunków międzynarodowej pomocy.
To prawda, że Europa utknęła w punkcie, w którym najbardziej cierpi demokracja. Program oszczędnościowy, który musi realizować Grecja w zamian za pomoc międzynarodową, przez dużą część tamtejszych wyborców jest postrzegany jako narzucony z zewnątrz. Tak samo będzie w Hiszpanii, gdy sięgnie po pomoc Europejskiego Banku Centralnego, co według mnie wkrótce nastąpi.
Być może rację mają eurosceptycy, według których Unia Europejska i strefa euro to twory z gruntu niedemokratyczne, sterowane przez liderów najsilniejszych państw?
Sądzę, że w Europie da się stworzyć prawdziwie demokratyczną unię polityczną, coś na kształt federacji, ale wymaga to dużo czasu. Na przykład w USA budowa federacji zajęła stulecie, a jej etapem była krwawa wojna domowa. Niestety, kryzys finansowy i ekonomiczny wymógł na Europie przyspieszenie tego procesu.
Zgadza się pan, że demokracja, która wymaga od polityków szybkiego reagowania na problemy wyborców, a nie myślenia długofalowego, w pewnym stopniu przyczyniła się do kryzysu finansowego? Taka teza pojawia się m. in. w „Liniach Uskoku” Raghurama Rajana oraz „Democrisis” Boba McKee i Davida Roche’a.
Obwinianie za kryzys demokracji jako systemu jest niemądre. Można wiele zrobić, żeby poprawić jakość podejmowania decyzji w krajach demokratycznych. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę, że jedną z przyczyn pogorszenia się jakości debaty politycznej i decyzji politycznych są siły ekonomicznej globalizacji. Wielu liderów założyło ręce i stwierdziło, że nie mają możliwości wpływania na to, jak ta globalizacja oddziałuje na ich gospodarki, społeczeństwo. Tymczasem kraje, które najwięcej na globalizacji zyskują, to te, które mają wyraźne strategie wykorzystywania tego zjawiska na swoją korzyść.











