2013-11-01
Autor: nTimes

Polityk to Narcyz i Makiawelista – prof. Krystyna Skarżyńska

Politician-Narcissism

Jacek Żakowski: – Czy politycy są inni od ogółu?

Skarzynska-KrystynaProf. Krystyna Skarżyńska: – Są bardziej indywidualistyczni niż przeciętni ludzie. Do polityki idzie człowiek, który ma napęd i chęć bycia w centrum zdarzeń. Albo chce coś ważnego zrobić i wierzy, że mu się to uda.

To jest odwaga? Narcyzm? Pycha? Egotyzm?

Jakiegoś rodzaju egotyzm, dążenie do zaznaczenia swojej obecności. Politycy są bardziej niż inni nastawieni na własne dokonania, na wyróżnienie się i na władzę. A to są potrzeby, których my, Polacy, nie cenimy zbyt wysoko. Bardziej – przynajmniej w deklaracjach – cenimy wartości wspólnotowe.

To by tłumaczyło permanentne napięcie między polską polityką – bez względu na to, kto akurat rządzi – konsekwentnie forsującą rozwiązania odwołujące się do indywidualizmu i osobistej zapobiegliwości, a opinią publiczną, która się równie konsekwentnie takim rozwiązaniom sprzeciwia.

To napięcie istnieje w każdej demokracji. Ale w bardziej indywidualistycznych kulturach jest mniejsze. U nas politycy różnią się od ogółu bardziej, niż w większości indywidualistycznych społeczeństw.

Na wyróżnianie się i na dokonania ponadprzeciętnie nastawieni są nie tylko politycy. Także artyści, biznesmeni, naukowcy, dziennikarze, sportowcy…

Te grupy wiele ze sobą łączy i wyróżnia na tle społeczeństwa. Inni zwykle wolą schować się w szarym tłumie i realizować swoje prywatne szczęście.

Ryszard Kapuściński przypominał powiedzenie: tisze jedziesz – dalsze budziesz [ciszej jedziesz – dalej zajedziesz].

Ale tak cicho nie żył. To pokazuje, że są ludzie, dla których samorealizacja jest wartością naczelną, nawet gdy wiedzą, że koliduje ona z bezpieczeństwem.

Samobójczy narcyzm?

U artystów – raczej imperatyw ekspresji. Ale wśród polityków narcyzm też jest postawą nadreprezentowaną. To skłania do niechęci wobec polityków. Czujemy, że są bardziej aktorami niż urzędnikami. Wśród grup dążących do samorealizacji poprzez wyróżnienie się z tłumu politycy są najbardziej nielubiani.

Czujemy, że egocentryczny polityk samorealizuje się naszym kosztem, więc jest niebezpieczny. W polskiej mentalności trwa ideał polityka, który jest społecznikiem. Chyba ciągle myślimy, że dobry polityk jest altruistą. Ma służyć innym, a nie czerpać z tego osobistych korzyści. Takie oczekiwanie jest psychologicznie nierealistyczne. Ludzie zwykle działają tak, by maksymalizować własne satysfakcje.

Myśli pani, że pęknięcie między ogółem a politykami wynika z naszych fałszywych oczekiwań?

W dużym stopniu. Ale z drugiej strony dla wielu polityków społeczeństwo mogłoby nie istnieć. Nie obchodzą ich nasze oczekiwania. Zamiast reprezentować wyborców, koncentrują się na osobistych czy partyjnych interesach. Atrofia idei reprezentacji widoczna była już w Sejmie kontraktowym (1989–91). Wielu posłów szybko zapomniało, że zostali wybrani, by reprezentować wyborców. Także dziś legitymację do sprawowania władzy wielu polityków widzi raczej w zasługach z przeszłości niż w obowiązkach wobec wyborców. Po wyborach oczekiwania i interesy ludzi przestają ich interesować.

Ależ oni nie odrywają wzroku od sondaży.

Widzi pan – ciągle mówimy: oni.

Bo oni nadali polityce formułę, w którą pani ani ja nigdy nie wejdziemy.

Ale nie odrzucam nikogo tylko dlatego, że jest politykiem. Lubię, kiedy komuś chce się zrobić coś nadzwyczajnego.

A konkretnie nadzwyczajnie się samorealizować.

W polityce można się świetnie samorealizować ku pożytkowi ogółu.

Większość Polaków nie ma chyba wrażenia, że nasza klasa polityczna samorealizuje się ku ogólnemu pożytkowi. Niechęć do polityków stała się jednym z głównych problemów polskiej polityki. Gdy dziecko mówi rodzicom, że chce być politykiem, to pada pytanie: dlaczego nie znajdziesz jakiejś uczciwej pracy?

Czyli znów mamy negatywną selekcję jak w czasach PRL. Za mało jest polityków, którzy odnieśli sukces poza polityką. A tacy są potrzebni, bo mogą swobodniej działać, mając dokąd wrócić, jeśli odrzucą ich wyborcy albo koledzy.

Ta negatywna selekcja odtwarza się w mechanizmie innego ustroju. Obiegowa teza mówi, że politycy stworzyli rodzaj patologicznej rodziny powiązanej bardzo silną i bardzo negatywną więzią. Skąd to się wzięło?

Próbuję to zrozumieć, odwołując się do prawidłowości społecznej percepcji i różnic osobowościowych. Po pierwsze, widzimy polityków jako odrębną kastę. Dla nas to są właśnie oni. A każda ostra kategoryzacja powoduje, że grupie zewnętrznej przypisujemy więcej zła niż dobra. My jesteśmy oczywiście lepsi. My nigdy tak się nie kłócimy jak oni. Nie kłamiemy jak oni, nie walczymy na śmierć i życie jak oni.

Chodzi tylko o to, że onych oceniamy surowiej niż naszych?

To jest ważny czynnik. Ale w tym przypadku oni – średnio biorąc – mają jednak pewną specyfikę. Polityka jest szczególnie atrakcyjna dla osób, które chcą sławy, uznania ich nadzwyczajności, wykazania swojej przewagi. Pozwala być w centrum uwagi, pokazywać siłę, władzę, mądrość, więc szczególnie przyciąga osobowości narcystyczne. Badania prowadzone w kilku europejskich demokracjach wykryły wśród polityków (zwłaszcza starszego i średniego pokolenia) nadreprezentację jedynaków i osób pierworodnych. A wiadomo, że są to osoby o silnie rozwiniętej potrzebie ekspresji własnego ja, wyróżniania się i osiągnięć. Jako dzieci są oczkiem w głowie rodziców, którzy pokładają w nich wielkie nadzieje i inwestują więcej niż w inne dzieci. To sprzyja powstawaniu osobowości narcystycznej. Ale narcyzm może też być skutkiem wychowania nazbyt surowego, niedostatecznego okazywania uczuć, niedoceniania czy odrzucenia emocjonalnego dziecka przez rodziców. „Skoro nikt mnie nie kocha – muszę sam siebie docenić i pokazać światu, ile naprawdę jestem wart”. Tak czy inaczej, osoby narcystyczne są w polityce nadreprezentowane. A to może być groźne.

Dlaczego?

Bo z narcyzmem wiąże się specyficzny sposób poszukiwania uznania i pozycji w świecie. Narcyz aktywnie wyprzedza innych, czyli zamiast kooperować czy zdobywać sympatię, ostro rywalizuje na niemal każdym polu. Musi być lepszy i musi to okazać. Życie społeczne ma dla niego postać gry z jednym tylko zwycięzcą. Ciągle musi walczyć i lubi to. Politykę widzi jako grę o sumie zerowej: jeżeli on ma wygrać, ktoś inny musi stracić. Uzgadnianie stanowisk, kompromis, negocjacje, przyjazne kontakty z politycznymi przeciwnikami mu nie odpowiadają. Jeżeli więc chcemy, by polityka była artykulacją i uzgadnianiem interesów różnych grup społecznych albo płaszczyzną realizacji jakichś wspólnych zamierzeń – a nie areną bezustannej walki – nie powinniśmy głosować na narcyzów. Warto przed wyborami przyjrzeć się kandydatom pod tym kątem.

Proponuje pani lustrację jedynaków i synów pierworodnych.

Córek też. Ale nie tylko jedynacy stają się narcyzami i nie każdy jedynak musi być narcyzem. A poza tym jedynacy mają też zalety. Na przykład lubią przebywać z ludźmi i podobno rzadziej wpadają w alkoholizm.

Istnieje gen alkoholizmu. A gen polityki istnieje?

Tego nie stwierdzono. Ale wiadomo, że pewne właściwości temperamentu, zapotrzebowanie na stymulację czy ekstrawersja – które mogą popychać ludzi ku polityce – w pewnym stopniu są uwarunkowane genetycznie. Z kolei skłonność do przeżywania emocji pozytywnych albo negatywnych, wiązana w teorii skryptów afektywnych Silvana Tomkinsa z orientacją lewicową i prawicową, może mieć związek z dominacją prawej lub lewej półkuli mózgowej. A to też jest genetycznie uwarunkowane. I ma związek ze stylem wychowania i wpływem otoczenia. O źródłach różnych postaw można dyskutować, ale nadreprezentacja osobowości narcystycznych w polityce jest pewna.

123

SKOMENTUJ

Zaloguj się i napisz komentarz.

Poznaj Chiny

Artykuły w Kategoriach:

Ziemia Nocą

Komentarze (temp. OFF)

Teleskop Hubble'a