Teresa Torańska: wywiad z Wojciechem Jaruzelskim (część II)
24 września 2011 r. Lech Wałęsa odwiedził generała Wojciecha Jaruzelskiego przebywającego w szpitalu przy ul. Szaserów w Warszawie.
Wolnej Europy Pan słuchał?
Unikałem.
Najistotniejsze treści znałem z nasłuchów i tzw. biuletynów specjalnych.
„Kulturę” paryską Pan czytał?
Głównie streszczenia.
W latach 70. moje podejrzenia, że to Rosjanie, były już bardzo silne. Postanowiłem porozmawiać z marszałkiem Greczko. On był wtedy naczelnym dowódcą Zjednoczonych Sił Zbrojnych Układu Warszawskiego. Szanowałem go i lubiłem. Myślę, że z wzajemnością. Często ze sobą rozmawialiśmy. Któregoś razu powiedziałem mu, właściwie podszedłem go taktycznie: my wiemy, wierzymy wam, że Katyń zrobili Niemcy, ale widzicie, nas atakują, ciągle podają w wątpliwość tę wersję, z Zachodu płyną jakieś informacje, argumenty, pomóżcie nam, żebyśmy mogli je obalić, dajcie nam jakieś konkrety. I on wtedy rzekł: pasmotrim, zobaczymy. A za jakiś czas odpowiedział, że to imperialistyczne kłamstwo, goebbelsowska propaganda, że była przecież komisja, ona doszła do konkretnych wniosków i nie mamy nic więcej do dodania. To oni - pomyślałem wtedy.
I co zrobił Pan z tą informacją?
Powtórzyłem Chosze, Urbanowiczowi i Siwickiemu. Może jeszcze komuś. I załatwiłem z radzieckimi towarzyszami, żeby nasz attaché wojskowy mógł każdego roku w dniu święta Wojska Polskiego składać tam wieniec.
Pod tablicą, że zamordowali ich Niemcy. Nie było to mieszanie ludziom w głowach?
Lepsze takie „mieszanie” niż udawanie, że grobów oficerów nie ma.
W kwietniu 1985 roku doszło do spotkania z Gorbaczowem i jasno postawiłem przed nim sprawę, że musimy tę zbrodnię do końca wyjaśnić, że ona ciąży. Dotyczyło to również innych „białych plam”. Rozmawiałem z nim we dwójkę. Oczywiście bez tłumaczy, pięć godzin. Choć plan
owana była godzina. Dla mnie po Breżniewie, po Czernience, żywych trupach, do których niewiele docierało, ta rozmowa z Gorbaczowem - otwartym, swobodnym, z poczuciem humoru - była nadzieją, że wreszcie stosunki między naszymi krajami ułożą się po partnersku. Tak - powiedział - musimy coś z tym zrobić.
Pasmotrim?
Nie, nie. Budiem iskat.
Czego?
Dowodów, wyjaśnień.
I zaczęła się droga przez mękę. Ciągłe przypominanie i naciski z naszej strony. Nie będę opisywał szczegółów. Najważniejszy jest finał. 13 kwietnia 1990 roku Gorbaczow oficjalnie ogłosił, że zbrodni dokonała strona radziecka. Wręczył mi listy zamordowanych oficerów. To był akt historycznej wagi. Przeżywałem wielkie wzruszenie.
Ja też. Na listach znalazłam wreszcie nazwisko mego wujka. Zginął w Starobielsku, nie w Katyniu. Jego zdjęcie mama ukrywała w pudełku z guzikami. Był porucznikiem, miał 26 lat. Dziękuję.
To koniec? Czekam na temat dyżurny, pytania o stan wojenny. Przecież tekst ukaże się 13 grudnia. A Jaruzelski bez stanu wojennego to jak Wigilia bez karpia.
Zostawiam go historykom.
Ale ja nie mogę. A więc krótko i trochę żartobliwie, chociaż w istocie poważnie. Bez stanu wojennego nasze spotkanie mogłoby odbyć się jedynie na seansie spirytystycznym. Brzmi to paradoksalnie, ale bez stanu wojennego niemożliwy byłby - przynajmniej w tym czasie i formie - Okrągły Stół. Wiele innych przełomowych wydarzeń nie mogłoby zaistnieć lub zaistnieć znacznie później, a w każdym razie kosztować znacznie więcej.
Nie zgadzam się z Panem.
Teresa Torańska. Wywiad opublikowany w Wyborcza.pl 2004.12.13








