Teresa Torańska: wywiad z Wojciechem Jaruzelskim (część II)
Czerwiec 1983 r., druga wizyta papieża Jana Pawła II w Polsce.
Pan je wydawał.
Nie dosłownie. Ale dodam z zawstydzeniem, że w tym uczestniczyłem.
Musi jednak pani zrozumieć, że w owych czasach był Kościół i była partia, która próbowała pełnić funkcję swoistego Kościoła. Obie siły znajdowały się w konflikcie i trwała między nimi ostra rywalizacja także w sferze ceremonialnego uczestnictwa w partyjnych i religijnych obrzędach. To rodziło określone skutki także w wymiarze ludzkim. Mam świadomość historycznej roli Kościoła i moralnego znaczenia religii. Uważam, że państwo nie powinno być ani antykościelne, ani przykościelne. Jednym z najcięższych błędów historycznych formacji, która odeszła, był właśnie stosunek do Kościoła i religii. Było to niemądre i samobójcze. Ten błąd przyczynił się w dużej mierze do degradacji pozycji partii. On wynikał z doktryny. Uważało się, że „religia to opium dla ludu” i że my budujemy… naukowy… zaraz, zaraz, jak to się nazywało, niech mi pani przypomni.
Chodzi o materializm dialektyczny?
Nie, nie. O naukowy socjalizm. Naukowy pogląd na świat.
Światopogląd naukowy?
No właśnie. To nie jest bzdura. Nie jest bzdurą po dzień dzisiejszy. Jestem człowiekiem niewierzącym, nie będę się upiększał, że nagle się nawróciłem. Chociaż zazdroszczę tym, którzy wierzą. Kościół daje moralną i psychologiczną przystań, wiara stwarza nadzieję, że nie wszystko kończy się na tym ziemskim padole i będzie coś jeszcze, gdy zamknie się oczy.
Zastanawiam się…
Nad czym się pani zastanawia?
Co się właściwie z Panem stało? Moment, pamięta Pan moment, kiedy nagle powiedział Pan sobie: jestem komunistą?
Nie było takiego momentu. To był proces. Tak jak procesem było moje odchodzenie od Kościoła, które rozpoczęło się od chwili, gdy znalazłem się w wojsku. Front nie sprzyjał kontaktom z religią. Oczywiście był kapelan dywizji, ale pojawiał się sporadycznie, z okazji świąt czy jakichś oficjalnych uroczystości. Procesem również było moje zbliżenie się do ideologii dziś z przekąsem nazywanej komunistyczną.
Czy pani nie jest w stanie zrozumieć, że, zachowując określony system wartości, można swoje wcześniejsze poglądy zmienić? Że w ogóle poglądy można zmieniać nawet kilka razy w życiu? Że do pewnych przekonań człowiek dojrzewa, a z niektórych rezygnuje? Że następuje przewartościowanie postaw? Że jest to proces, któremu nie tylko ja uległem? Do roku 1988-89 byłem przekonany, żyłem w tym przekonaniu, że w Polsce utrzyma się socjalizm, że będzie zmodernizowany, zmieniony, ulepszony, zdemokratyzowany, dostosowany do nowych czasów. Ja tego układu broniłem. I dopiero gdy zobaczyłem, że obronić się nie da, ustąpiłem. Dzisiaj można powiedzieć, że błądziłem. Ale nie zabłądziłem. Powiem więcej - nieskromnie - przyczyniłem się do zmiany ustroju.
Z tego, co próbuję sobie przypomnieć z tamtych lat - przełomu 40. i 50. - lekturą chyba przełomową był dla mnie „Wstęp do teorii marksizmu” Adama Schaffa, który wtedy przestudiowałem. Książka świetnie napisana, bardzo komunikatywnie, logicznie, przekonywająco.
W Wyższej Szkole Piechoty kupiło ją 35 osób, odnotowano w sprawozdaniu.
Ja chyba przeczytałem ją trochę później. Kiedy już byłem w Zarządzie Głównym Wyszkolenia Bojowego.
Z rekomendacji radzieckiego generała Stanisława Popławskiego?
Zdarzyły się wtedy dwie ważne rzeczy w moim życiu. Zostałem zauważony, tak to nazwę, przez gen. Popławskiego oraz z gronem wyróżniających się oficerów zostałem skierowany na Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu i Leninizmu.
Słynny WUML.
Dwuletni kurs, wieczorowy, zajęcia po dwa razy w tygodniu. Zorganizowany specjalnie dla wojskowych, więc prawdopodobnie ze specjalnie dobraną kadrą. Wie pani, kto tam wykładał? Adam Schaff, Włodzimierz Brus, Bronisław Baczko, Zygmunt Bauman, Marek Fritzhand, Maria Turlejska, Daniszewski, Pohorylle, Wyrozembski i szereg innych. Odważy się pani wpisać te nazwiska? Jest to przecież w większości późniejsza awangarda opozycji intelektualno-naukowej.
To oni zaszczepiali we mnie marksizm i leninizm, droga pani. Na tym polegają paradoksy naszych czasów. Były to zajęcia na bardzo wysokim poziomie, z żywymi, ciekawymi dyskusjami. I jeśli wcześniej intuicyjnie wyczuwałem, że przedwojenna sanacja była złem, a my w Polsce Ludowej idziemy słuszną drogą - sprawiedliwości społecznej i sojuszu ze Związkiem Radzieckim - to na WUML-u moje przekonania zostały ugruntowane, umocowane teoretycznie, podbudowane wiedzą.
WUML skończyłem z oceną bardzo dobrą. I kiedy w 1960 roku, czyli w osiem lat później, marszałek Spychalski zaproponował mi funkcję szefa Głównego Zarządu Politycznego, a ja przed jej objęciem się broniłem, mówiąc, że nie jestem do niej teoretycznie przygotowany, że jestem oficerem liniowym, powiedział: no, jakże, generale, przecież wy skończyliście celująco Uniwersytet Marksizmu i Leninizmu.








