Teresa Torańska: wywiad z Wojciechem Jaruzelskim (część II)
Wysłano Pana na „proces generałów”.
W czasie procesu Tatara, Kirchmayera i innych w wojsku wyznaczano grupy oficerów z różnych jednostek i delegowano na posiedzenia sądu. Każdego dnia inną grupę. Zaliczyłem jeden dzień procesu.
Po co was wyznaczano?
No, żeby pokazać, że proces jest czysty, że nikt oskarżonymi nie manipuluje.
Na ławie oskarżonych siedziało dziewięciu waszych dowódców.
Nie bezpośrednich, ale tak. To byli nasi wysocy przełożeni, przedwojenni generałowie i oficerowie. Żadnego z nich osobiście nie znałem.
Co wam o nich wcześniej mówiono?
Na pewno bardzo źle.
Imperialistyczne psy, zdrajcy, szpiedzy - to cytaty z prasy żołnierskiej. Pan w to wierzył?
Dlaczego miałem nie wierzyć. Przecież oni wszyscy przyznali się do winy. Ja dzisiaj więc mogę przyznać się do naiwności czy nawet głupoty, ale ja przecież nie wiedziałem, że oni dlatego przyznali się do tych wszystkich przestępstw, bo wcześniej zostali poddani jakimś strasznym torturom. Nikt z nas nie wiedział, że w więzieniach torturuje się ludzi. To odkrycie późniejszych lat. Mój ojciec był w łagrze i nigdy mi nie mówił, że był torturowany, że Rosjanie kogokolwiek torturowali.
Co więc Pan zobaczył?
Pamiętam salę, kilkudziesięciu nas, obserwatorów, sędziowie w mundurach wojskowych, prokurator Zarakowski. Oraz generał Mossor i płk. Kirchmayer na ławie oskarżonych. I generał Spychalski siedzący na sali.
Doprowadzony z więzienia.
Wszyscy porządnie ubrani, a więc nie w żadnych więziennych pasiakach, tylko w garniturach, pod krawatem. Ich garnitury nadawały procesowi cywilizowaną formę. Byli tylko bardzo bladzi, co jednak wydawało się normalne, gdy siedzi się dłuższy czas w więzieniu. Przy mnie zeznawali Mossor i Kirchmayer. Oni do wszystkiego przyznawali się, śpiewali jak z nut.
Że byli szpiegami?
Jak z nut. My wszyscy byliśmy przekonani o ich winie.
My?
Moi koledzy oficerowie.
W lipcu 1956 roku został Pan generałem. Po wydarzeniach poznańskich.
Nie ma to żadnego związku. Mnie w Poznaniu nie było.
Wiem. Ale co mówiło się o tym w wojsku?
Dokładnie nie pamiętam. Ale trzy uwagi. Niepotrzebna gwałtowna śmierć, ciężkie zranienie nawet jednego człowieka zasługuje na głębokie ubolewanie. Po drugie, ja i jako porucznik, i jako generał armii, do prezydentury włącznie - czuję się moralnie odpowiedzialny za wszystko, co działo się w mojej Ojczyźnie - Polsce Ludowej. I po trzecie, każde tragiczne wydarzenie należy rozpatrywać konkretnie, obiektywnie, nie ulegając pokusie politycznego dyskontowania.
Robotników poznańskich podburzyli zachodnioniemieccy rewizjoniści?
Chodziło o jakąś inspirację z zewnątrz, imperialistyczną. Mówiło się o jakichś zachodnioniemieckich i w ogóle o zachodnich podnietach. Nie to było jednak ważne. Najważniejsze było to, że w sposób gwałtowny został naruszony porządek wewnętrzny, podpalano budynki publiczne.








