Teresa Torańska: wywiad z Wojciechem Jaruzelskim (część II)
Od 13 grudnia 1993 r., w rocznicę ogłoszenia stanu wojennego, przed domem Wojciecha Jaruzelskiego (przy ul. Ikara na warszawskim Mokotowie) odbywają się demonstracje przeciwników (i od 2003 r. zwolenników) wprowadzenia stanu wojennego.
Więc żołnierz, gdy rozpędza tłum - na przykład protestujących robotników - nienawidzi go?
Może nie w sensie dosłownym. On jest poddany silnym emocjom negatywnym, tak bym to określił. Co jest zrozumiałe. Bo jeśli w pani obecności ktoś wyrządziłby krzywdę osobie pani bliskiej, pobił, uderzył, okaleczył, zabił, nie daj Boże, to co, stałaby pani i uśmiechała się? Czy byłaby pani raczej pełna niechęci, żeby nie używać słowa nienawiść.
Od początku. Najpierw żołnierzy trzeba na te ulice wyprowadzić.
Tak jest, to pierwsza faza. Tłumowi, który zaatakował budynki partyjne czy milicyjne, podpalał je lub rabował sklepy, należało zademonstrować siłę. Siłę wobec siły. Obecność wojska i czołgów zawsze działała na tłum mitygująco. Proszę zauważyć, że żołnierze wychodzili na ulice miast na zasadzie prewencji, gdy wydarzenia się już rozwinęły, gdy były podpalane budynki i gdy życie znajdujących się w nich ludzi było zagrożone.
Wychodzili z bronią?
Ostrą.
Mimo że robotnicy broni nie mieli.
Ale mieli butelki z benzyną, łomy żelazne, które w skutkach są też bronią.
Od lat siedzę na ławie oskarżonych. Ten proces zresztą nigdy się nie skończy. Wiem, że niemal każdy oskarżony mówi, że jest niewinny. Mnie stać na to, by przyznać się do winy. Gdy ona jest. Stać mnie, by brać odpowiedzialność za siebie. Czynię to niezmiennie w sprawie stanu wojennego. Ale w wypadku Grudnia 70 jest to prokuratorski humbug. Naciąganie, manipulowanie, fałszowanie. Stoją za nim polityczne motywacje i inspiracje. Co najbardziej boli. Oskarżenie krzywdzi, godzi w dobre imię wojska. Będę go bronić, dopóki życia starczy. To był ciężki błąd Gomułki, że poszedł drogą siły.
Ale Pan nie powiedział mu wtedy: nie strzelać.
Czy pani sobie wyobraża, by jakikolwiek minister obrony, otrzymując informacje, że mordują milicjantów, podpalają budynki rządowe, wstaje i mówi: mnie to nie obchodzi, niech mordują, my się do tego nie wtrącamy? Ja nie słyszałem.
Tejchma poszedł do Gomułki i powiedział: odejdźcie.
Po kilku dniach. Poparłem go. Wcześniej zadzwonił do mnie. Odpowiedziałem: tak jest. Byliśmy z sobą w kontakcie. Z Kanią i Babiuchem również o tym rozmawialiśmy.
Był Pan wtedy ministrem obrony narodowej od kwietnia 1968 roku.
Nie chciałem. Byłem szefem Sztabu Generalnego, czyli de facto pierwszym zastępcą ministra. Bardzo dobrze czułem się na tym stanowisku. Szef sztabu ma duże możliwości działania, znaczne kompetencje.
Spychalski zaprosił mnie do swego gabinetu. Do Spychalskiego miałem wiele zastrzeżeń natury przede wszystkim wojskowej, ale nie mogłem nie docenić jego nieprzeciętnej inteligencji, jego drogi życiowej, jego cierpień jako więźnia stalinizmu, jego niewątpliwych zasług w procesie przywracania w wojsku polskich wartości.
Nigdy nie zapomnę tej sceny.
- Generale, ge-ne-ra-le - zaczął.
Mówił, przeciągając sylaby, miał głos nie-zbyt dźwięczny i zawsze jakby zmęczony.
- Kierownictwo zdecydowało - powiedział. Wtedy używało się słowa „kierownictwo”. „Kierownictwem” był Gomułka.
- Zdecydowało - ciągnął Spychalski - że powinienem objąć urząd przewodniczącego Rady Państwa, mam być głową państwa.








