Teresa Torańska: wywiad z Wojciechem Jaruzelskim (część II)
Ze Stanisławem Kanią, swoim poprzednikiem na stanowisku I sekretarza KC PZPR (6.IX.1980 - 18.X.1981 r.) podczas procesu sądowego, toczącego się na wniosek pionu śledczego Instytutu Pamięci Narodowej (IPN).
W miejsce Edwarda Ochaba, który złożył rezygnację, protestując przeciwko nagonce antysemickiej prowadzonej przez PZPR.
Gomułka ją wywołał, to prawda, swoim powiedzeniem o V kolumnie na Kongresie Związków Zawodowych w czerwcu 1967 roku. Że niby polscy Żydzi zachowują się jak niemiecka piąta kolumna w przedwojennej Polsce. Ale - bądźmy obiektywni - niewiele by tym powiedzeniem zrobił, gdyby nie było podatnego gruntu. Bo był. Jeszcze jak był!
W związku z tym - ciągnął Spychalski - powstaje problem ministra obrony narodowej. Dla mnie i dla kierownictwa jest oczywiste, że to wy powinniście objąć tę funkcję. Odpowiedziałem: towarzyszu marszałku, proszę, żeby mnie nie wyznaczać. Funkcja ministra - mówiłem - łączy się z obowiązkami, które z wojskiem nie zawsze ściśle się wiążą, a ja chcę skoncentrować się na pracy w armii. Poza tym jest to funkcja polityczna. Sytuuje człowieka w określonym układzie politycznym.
Ten układ z Gomułką już się kończył.
Nie chodziło mi o Gomułkę, ale generalnie o politykę. Nie chciałem być czynnym politykiem.
Przecież był Pan już posłem.
I co z tego? Posłowanie, poseł to był wówczas dość formalny obowiązek.
Był Pan członkiem KC.
No tak. Ale wie pani, co należało do obowiązków członka KC? Uczestniczenie raz na kilka miesięcy w posiedzeniach.
Jako minister musiałbym siedzieć na naradach Rady Ministrów, przygotowywać się do zajęcia stanowiska również w kwestiach pozawojskowych. Przecież to zupełnie inny charakter pracy.
Spychalski złapał się za głowę: co ja powiem „Wiesławowi”! Ge-ne-ra-le! To już postanowione, wy musicie, generale! Powinniście, generale!
Odpowiedziałem: bardzo proszę towarzysza marszałka, by mnie od tego uwolnił.
Nie, nie. To może Korczyński - zaproponowałem. Grzegorz? - skrzywił się Spychalski - na ministra?! Czy wy żartujecie? Przecież on się absolutnie do tego nie nadaje, on nie zna się na wojsku.
Nie znał się?
W nowoczesnym rozumieniu - słabo. Był co prawda żołnierzem republikańskiej Hiszpanii, dowódcą partyzanckim. Nie był to wystarczający bagaż do kierowania wielką maszynerią Ministerstwa Obrony Narodowej, dowodzenia dużym wojskiem - drugą armią Układu Warszawskiego. Atutem Korczyńskiego było zaufanie i bliski związek z Gomułką. To wynik postawy, jaką zachował podczas uwięzienia. O Gomułce świadczy dobrze, że te osobiste względy nie zadecydowały o nominacji.
Potem jest telefon od Gomułki. A Gomułka, wie pani, jaki był, straszliwie apodyktyczny. - Generale! - huknął na mnie. - Musicie, generale.
Pamięta pani ten jego skrzekliwy głos?
Świetnie go Pan naśladuje.
- Co wy! Czy wy nie rozumiecie, że taka jest potrzeba - krzyczał w słuchawkę.
Dla mnie Gomułka był autorytetem. Było we mnie zakodowane, że nie mogę mu odmówić. W sytuacji, gdy on stawia tę sprawę na ostrzu noża.
Nie umiał mu Pan powiedzieć: nie?
Nie chciałem. Uważałem, przepraszam, że zabrzmi to być może nieskromnie, ale uważałem, że do pełnienia funkcji ministra jestem - nazwijmy tak - przygotowany. Z natury rzeczy jako szef Sztabu Generalnego, wcześniej szef Głównego Zarządu Politycznego. Na pewno lepiej niż inni.
I skapitulowałem. Uległem.
Jak wcześniej Spychalskiemu?
Tak, tak. Szefem Głównego Zarządu Politycznego Wojska Polskiego też nie chciałem być, to już chyba pani mówiłem.
A potem nie odmówił Pan Kani, który w 1981 roku wysunął Pana na premiera.
Bardzo się przed tą funkcją broniłem. To nie była fałszywa skromność. Nie czułem po prostu potrzeby pięcia się w górę. Byłem dostatecznie wysoko. A prawie każdy z awansów następował w sytuacjach niezwykle trudnych, dramatycznych. Miałem świadomość ich ciężaru. Do dziś go czuję. Nie jestem masochistą, dlatego się broniłem. To trwało wiele dni. Kania przyjeżdżał do mnie do ministerstwa na Klonową, zapraszał do Komitetu Centralnego, maglował, przekonywał, prosił, mówił, że to czasowe, przejściowe rozwiązanie. Byliśmy przyjaciółmi, miałem do niego zaufanie.








