Teresa Torańska: wywiad z Wojciechem Jaruzelskim (część II)
Jako Przewodniczący Rady Państwa (miesiąc przed wyborem przez sejm okrągłostołowy na Prezydenta PRL) z prezydentem USA Georgiem H. W. Bushem, który odwiedził Polskę w dniach 9-11 czerwca 1989 r.
Potem nie odmówił Pan komu? Breżniewowi? Gdy wysunięto Pana na I sekretarza PZPR.
Trochę chyba pani przeholowała! Chce pani obrazić mnie i członków Komitetu Centralnego? W tajnym - podkreślam - tajnym głosowaniu 179 głosów było za moją kandydaturą, a 4 przeciw. Czy ta przytłaczająca większość głosowała na skinienie Breżniewa?
Stanowiska prezydenta Polski też nie chciałem, żeby mieć pełny obraz.
I gdyby nie Bush…
Nie chcę wchodzić w szczegóły. Wałęsa miał swoje kalkulacje. Publicznie więc ogłosiłem, że ja kandydować nie będę. Pojawiły się liczne prośby, zachęty, apele różnych środowisk.
I wtedy, w lipcu 1989 roku, do Polski przyjechał prezydent Bush. Odbyliśmy długie rozmowy. Namawiał. - Panie generale - mówił - powinien pan zostać prezydentem. To da gwarancję łagodnego przejścia przez trudny okres przemian. To kuriozalne - napisał w swoich wspomnieniach - że ja namawiałem tego komunistycznego przywódcę, aby został prezydentem Polski. Gorbaczow też mnie zachęcał. Telefonicznie.
Czyli Pan nie chce, a potem przyjmuje.
Żałuję, bardzo żałuję.
Czego Pan żałuje?
Prezydentury nie. Uważam, że spełniłem obowiązek wobec Polski. Natomiast żałuję, że w 1968 roku zgodziłem się zostać ministrem obrony narodowej.
Dzięki antysemickim czystkom.
Nie, myli się pani, ministrem zostałem w trakcie, a właściwie pod koniec tych wydarzeń. Pani nie wie, co działo się wtedy w wojsku. Rzecz polegała na tym, że wojsko rozhuśtało się, rozdyskutowało. Emocje wybuchły nie w 1968 roku, tylko po agresji Izraela na Egipt, prawie rok wcześniej. I Gomułka najpierw mnie osobiście, a potem w szerszym gronie nakazał: trzeba w wojsku skończyć z wiecowaniem.
Jakim wiecowaniem?
Świat był wtedy podzielony. Wybuchła wojna między Izraelem a Egiptem. Arabowie byli nasi, a Izrael ich. Pani tego nie wie? Arabowie tę wojnę sześciodniową przegrali z kretesem, a uzbrojeni byli w taką samą broń co my. Trzeba było uszczelnić się lepiej obronnie.
Przed kim, Izraelem?
Przed NATO, Stanami Zjednoczonymi. Nie ma się z czego śmiać. Wtedy nikomu nie było do śmiechu.
Moja mama się śmiała.
Z czego, przepraszam, że może być wojna?
Proszę się nie obrażać.
Widocznie mama jest dobrym strategiem wojskowym. Gratuluję.
Panie generale, to naprawdę było śmieszne, że całe arabskie lotnictwo zostało zbombardowane na lotnisku, bo Arabowie przysnęli. I że „nasi” wzięli nasze tanki.
Nie rozumiem takich dowcipów. Izrael zbombardował i zniszczył egipskie samoloty na lotniskach. Podjęliśmy decyzję, by na gwałt budować betonowe schrony na lotniska, dla samolotów. Ileż to betonu się zużyło!
Wojna na Bliskim Wschodzie wykazała, że szczególnie czułym, wrażliwym miejscem są lotniska ze stojącymi na nich samolotami bojowymi. Więc elementarnym odruchem było przygotowanie ochrony dla naszych samolotów. Stąd pomysł ze schronami.
Ile zbudowano?
Dużo.
Okazało się na dodatek, że w armii izraelskiej niektóre wysokie funkcje pełnili oficerowie, którzy wyemigrowali z Polski w latach 40. i 50. Pojawiło się, pamiętam, nazwisko Strassera, który był u nas wykładowcą w Akademii Sztabu Generalnego, i jeszcze kilka innych. Zwoływano zebrania partyjne, wybuchła psychoza antysemicka i pod wpływem różnych informacji i dezinformacji ogarnęła szerokie kręgi.
Ilu wyrzucono? Natychmiast generała obrony przeciwlotniczej gen. Mankiewicza.
Dokładnych liczb pani nie przytoczę. Chyba około stu. W większości wypadków nie były to - jak pani nazywa - wyrzucenia, ale zwolnienia według różnych paragrafów. Zwolnień dyscyplinarnych było zaledwie kilkanaście. To oczywiście żadne usprawiedliwienie. Ta atmosfera, psychoza, była skandaliczna. Wyrządzono krzywdę wielu zasłużonym oficerom. Najostrzej jawi mi się krzywda, jaka spotkała mojego serdecznego przyjaciela płk. Michała Sadykiewicza. Do dziś odczuwam wstyd.








