Teresa Torańska: wywiad z Wojciechem Jaruzelskim (część II)
Październik 1968 r. Spotkanie z ministrem obrony ZSRR marszałkiem Andriejem Grieczką w towarzystwie przywódcy PRL (I sekretarza KC PZPR) Władysława Gomułki w Urzędzie Rady Ministrów.
A najazdu na Czechosłowację się Pan nie wstydzi?
To istotnie jedna z najciemniejszych kart naszej najnowszej historii.
Ale ja pamiętam, czego pani nie pamięta, wejście naszych wojsk na Zaolzie w 1938 roku. Polska była suwerennym państwem, nikt nam nie kazał. Rydz-Śmigły dał rozkaz. Wielki gen. Bortnowski tym dowodził. Ogłoszono, że jest to triumf polskiego oręża, fanfary, plakaty, prezydent Mościcki tam jeździł i dzieci głaskał po główkach, pani prezydentowa jadła grochówkę z żołnierzami. Hańba. Suwerenną decyzją suwerennego państwa doprowadzono w istocie do wspólnictwa z Hitlerem w rozdrapywaniu Czechosłowacji. A potem wożono wycieczki szkolne, żeby nam, chłopcom, pokazać, cośmy tam osiągnęli.
Trzeba więc było tę hańbę powtórzyć?
To była zupełnie inna sprawa. My nie weszliśmy tam, żeby te ziemie zagarnąć. My po trzech miesiącach wyszliśmy. Nie wolno abstrahować od realiów. Bliska była jeszcze pamięć o drugiej wojnie światowej, o wrześniowej katastrofie. Europa była antagonistycznie podzielona. Równowaga sił była zaworem pokoju. Jej naruszenie mogło okazać się wielce niebezpieczne. Otwarty był wciąż problem naszej granicy zachodniej. Napływały dramatyczne informacje. Z agend Układu Warszawskiego, z polskiej ambasady w Pradze, od korespondentów zagranicznych. Sporo trafiało na moje biurko. To naprawdę wyglądało niedobrze.
Bo Czechosłowacy zapragnęli trochę więcej wolności i demokracji?
Po latach widać, że wiele informacji było przesadzonych lub w ogóle kłamliwych. Chociażby te o znalezieniu w Czechosłowacji jakichś ukrytych składów broni. Ale kto mógł wtedy wiedzieć?
My, studenci, wiedzieliśmy, a Pan, minister, nie wiedział. Prawda, że dziwne?
Dobrze, że mi pani przypomniała. W kontekście naszych wydarzeń marcowych „miazmaty” ideologiczne z południa wzmagały obawy. Gomułka reagował nerwowo.
Społeczeństwo nie popierało najazdu. Protestowali m.in. Andrzejewski, Mrożek, Zygmunt Mycielski.
Możemy wymienić jeszcze kolejnych sto nazwisk, tylko nic z tego nie wynika. Poglądów pisarzy nie można uogólniać na cały naród.
To, przepraszam, na kogo mam się powoływać?
Mnie, pani redaktor, bardzo nie odpowiada sformułowanie „społeczeństwo”, „wszyscy”, „cały naród”. Ludzie myślą różnie i rozumują różnie. Nie wiadomo, za czym była większość. Nikt statystycznie tego nie sprawdzał.
Przecież wtedy nie było żadnych badań opinii!
Chyba nie było. Dlatego opowiem pani, jak nasze społeczeństwo witało polskie wojsko wracające z Czechosłowacji. Tłumy ludzi, kwiaty, jabłka dla żołnierzy.
Był Pan?
Nie, ja byłem niedaleko Nysy Łużyckiej, kilka kilometrów od granicy, kiedy nasze wojsko wychodziło z Czechosłowacji.
27 tysięcy.
Tam było kilka kolumn. Uważałem, że jako minister powinienem je pożegnać.
Żołnierz polski zachował się godnie.








