Teresa Torańska: wywiad z Wojciechem Jaruzelskim
I ziemiaństwa, klasy próżniaczej.
Dlaczego próżniaczej? Ziemianami od wieków byli rodzice mojego ojca. Ziemianami byli również rodzice mojej matki. Mój ojciec miał 1/8 majątku w Rusi Starej, gdzie gospodarował jego brat. A mojej matce po śmierci jej rodziców przypadłaby połowa majątku w Trzecinach. Ojciec był wysoko kwalifikowanym rolnikiem, ukończył czeską akademię rolniczą w Taborze i zajmował się administrowaniem cudzymi majątkami. Między innymi w Kurowie, gdzie się urodziłem, a potem majątkiem rodziców mojej matki w Trzecinach. Całe życie ciężko pracował.
Pochodzenie: inteligencja pracująca, podał Pan w punkcie zbornym do armii Berlinga.
To była prawda. Moja matka też była wykształconą kobietą.
Ale w gimnazjum marianów zaliczano Pana nie do „inteligencji pracującej”, tylko do młodzieży ziemiańskiej.
To co miałem podać według pani? Tam, na Syberii? Formalnie nie byłem synem właściciela ziemskiego.
Tylko wnukiem. A Pana córka także, choć z innych powodów, w kwestionariuszu, składając papiery na studia w 1983 roku, napisała: pochodzenie rodziców - najemni pracownicy umysłowi. A w rubryce zawód ojca: minister obrony narodowej.
Nie wiedziałem… Ale formalnie było to chyba w porządku.
Formalnie był Pan już także premierem i I sekretarzem PZPR.
Wiedziała jednak, że wojsko jest mi najbliższe. Ona przeżywała bardzo trudne chwile, wiem. W 1981 roku chodziła do klasy maturalnej.
Stan wojenny był dla niej ciosem.
I co z tego?!
Proszę się nie oburzać.
Ja się nie oburzam. Ja nie rozumiem. Miałem nie podejmować decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego z uwagi na córkę?!
Dowiedziała się o nim, jak my, z Pana przemówienia telewizyjnego?
Tak jest. Nigdy żony i córki nie wprowadzałem w szczegóły mojej szamotaniny. Ostatnich siedem-dziesięć dni przed praktycznie nie bywałem w domu. Jeśli przychodziłem, to na chwilę, zmienić bieliznę. Spałem w Urzędzie Rady Ministrów. Ileż nieprzespanych nocy tam spędziłem?! Koszmarnych, pełnych udręki, kiedy borykałem się: co robić? Co robić! Jak z tego wyjść?! Na zapleczu gabinetu miałem niewielki pokoik z wąską kanapką i toaletką.
A w gabinecie wielką mapę świata.
Nie w gabinecie, tylko w korytarzu prowadzącym do mego gabinetu. Bardzo wielką. Powiesił ją ktoś z moich współpracowników. Codziennie na nią patrzyłem. Europa - podzielona, przecięta na pół - i Polska znajdująca się na głównej osi między wschodem i zachodem, w najbardziej newralgicznym miejscu tego przecięcia. Patrzyłem na nią otwartymi oczami. Trzeba było na nią patrzeć trzeźwo, realistycznie.
Co Panu wtedy powiedziała?
Córka? Nie chcę improwizować. Nie pamiętam.
Ona uciekła z domu.
Nie uciekła, tylko zamieszkała u swoich przyjaciół. Za wiedzą matki. Po maturze pauzowała. Na studia poszła rok później. Ale nie skarżyła się. Dzielnie przetrwała. Milczała. Sam fakt, że milczała, ona i moja żona, był dla mnie ogromnym wsparciem. Prawdopodobnie chciały mi oszczędzić przykrości. Moja córka zawsze była mądrą dziewczyną.
Tylko mamie któregoś razu w kuchni powiedziała: dziękuję ci, że wychowałaś mnie na wolnego człowieka.
Nie wiem, co miała na myśli. Może moje stanowisko, mój gorset, w którym tkwiłem. Żona mogła z nią rozmawiać swobodniej, nie była w swoich reakcjach ograniczona formułami i ocenami żołnierza, zwłaszcza tak wysoko postawionego jak ja. Moja żona zresztą w ogóle jest osobą emocjonalną, w wielu sytuacjach reagującą bardzo spontanicznie. Niekonwencjonalnie nawet, powiedziałbym. Poza tym pracując na Uniwersytecie Warszawskim jako wykładowca, jest germanistką, więcej czasu spędzała w domu niż ja. Bo mnie często w nim nie było. De facto tym domem rządziła.
A z tamtego, Pana rodzinnego, coś zostało?
Dwa srebrne lichtarze, które babce udało się schować. I trochę fotografii.
A w Panu co się uratowało?
Napoleon (uśmiech). Mam w sobie głęboko zakorzeniony kult Napoleona.









Teresa Torańska była wielką mistrzynią. Nikt tak jak ona nie potrafił moderować dyskusji, zadając pytania celne i krótkie, stosując wyrafinowaną psychologię.