Teresa Torańska: wywiad z Wojciechem Jaruzelskim
14 sierpnia 1981 r., „rok Solidarności”, spotkanie W. Jaruzelskiego i Stanisława Kani z przywódcą ZSRR, Leonidem Breżniewem, I Sekretarzem Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego na Krymie.
Lubił Pan Chruszczowa?
Nie znałem, raz uścisnąłem mu dłoń. Na lotnisku w Goleniowie, kiedy razem z Gomułką przyjechał do Szczecina, gdzie byłem dowódcą 12. dywizji. Ciepła i pulchna, nic szczególnego.
Breżniewa?
Ja lubię, proszę pani, naród rosyjski. Prostych ludzi, serdecznych, dobrych, z którymi rąbałem drzewo w tajdze. Ja lubię moich towarzyszy broni, Rosjan, z którymi wspólnie walczyłem na froncie. Wie pani, co to jest braterstwo broni? Kiedy obok siebie w walce ma się kolegę, na którego można liczyć, który gotów jest za ciebie umrzeć? To tworzy więź. Nie da się jej opisać.
Pierwszego Rosjanina zobaczył Pan kiedy?
We wrześniu 1939 roku. 10 września uciekliśmy z Trzecin przed Niemcami. My i chyba trzech mężczyzn ze służby. Trzy wozy po parę koni i tzw. wózek krakowski, bardzo pakowny ekwipaż. Moja siostra naszą tułaczkę po latach ze szczegółami opisała. Ona pamięta z niej prawie każdy dzień.
Miała 11 lat.
Ja 16. Jechaliśmy na wschód. Głównie nocami, bo w dzień Niemcy bombardowali zatłoczone drogi. Pod Nowogródkiem w jednym z majątków, bo zatrzymywaliśmy się w majątkach, jako ludzie z tej sfery, dowiedzieliśmy się, że w radiu podano informację, iż Sowieci przekroczyli naszą granicę. Wtedy na radzieckich mówiło się Sowieci. Ojciec zdecydował, że trzeba wracać.
Pierwszych zobaczyłem pod Grodnem. Ukryliśmy się w rzadkim lesie. Krążyli po nim czołgami, strzelali. Widziałem zabitych polskich żołnierzy. Potem zobaczyłem ich w 1940 roku na Litwie. Nagle pojawili się na łęgach obok miasta Kałwarija. Było ich mrowie. Mrowie. W szarych szynelach, w spiczastych czapkach budionnówkach z czerwonymi gwiazdami. Szok. Miałem wrażenie, że ta ogromna masa za chwilę nas zaleje. Bardzo się ich bałem.
Moja ówczesna wiedza o Związku Radzieckim, ówczesna świadomość i wychowanie spowodowały, że wydawali mi się istotami niemal diabelskimi. Trwałem w oczekiwaniu, kiedy przyniosą nam nowe nieszczęścia. Uciekliśmy na Litwę, zamieszkaliśmy u państwa Hawryłkiewiczów w majątku Winksznupie. Litwa była wtedy niepodległa, nie przypuszczaliśmy, że Sowieci ją zajmą w niecały rok później. Majątki nacjonalizowano, właścicieli wyrzucano z dworów, zaczęły się deportacje.
W czerwcu 1941 roku, o świcie, walenie kolbą w drzwi. Spałem na plebanii u księdza, Litwina. Weszło kilku żołnierzy. Z wielkimi sztykami.
Sztykami?
Bagnetami. Bagnet to stara, ulubiona broń Rosjanina, żołnierza dzielnego z natury. Jest takie powiedzenie carskiego feldmarszałka Suworowa, który między innymi zdławił powstanie kościuszkowskie, często przez nich cytowane: pula dura - sztyk maładiec.
Nie rozumiem.
Kula - durna, trafi do celu albo nie, a bagnet to zuch, zawsze jest skuteczny. Ale trzeba mieć odwagę, żeby się nim posługiwać.
Mordować miał Pan…
Co?
… odwagę.
Na froncie nie byłem szeregowym żołnierzem, ale oficerem zwiadowcą. Posługiwałem się pistoletem. Zresztą w ogóle w drugiej wojnie światowej mało kto używał bagnetu. Walczyło się głównie bronią maszynową.
Dowieziono mnie do moich rodziców. Jakiś Litwin odczytał po litewsku i po rosyjsku decyzję o deportacji, zrozumieliśmy piąte przez dziesiąte. Ojca kazano spakować oddzielnie, znak, że zostaniemy rozdzieleni. Przy towarowym wagonie stał bojec, żołnierz z karabinem. Ojca umieszczono w jednym wagonie, mnie, moją matkę i siostrę wepchnięto do innego. Było w nim kilkadziesiąt osób. Na przedmieściach Wilna staliśmy półtora dnia, wagon z ojcem został odczepiony, wywieziono go do łagrów.
Bardzo to dzisiaj wydaje mi się odległe i miałkie. Pamięć ludzka jest selektywna, wyrzuca rzeczy, które dręczą, bolą, i stara się w psychicznej samoobronie zachowywać wspomnienia, które życie mu ułatwiają.









Teresa Torańska była wielką mistrzynią. Nikt tak jak ona nie potrafił moderować dyskusji, zadając pytania celne i krótkie, stosując wyrafinowaną psychologię.