Teresa Torańska: wywiad z Wojciechem Jaruzelskim
Te utrudniłyby?
Na pewno. Zresztą temat deportacji w PRL-u nie istniał. Był wstydliwie pomijany przez całe dziesięciolecia. Przyjęta została formuła: w czasie wojny znalazł się na terenie ZSRR. Ja też tak pisałem w życiorysach. To była formuła zastępcza. Mówiąc szczerze, specjalnie mi jakoś nie uwierała. Nie trzeba było przecież być wielkim znawcą przedmiotu, by nie wiedzieć, dlaczego i jak znalazłem się w Związku Radzieckim.
Rosja to wielki kraj. Nasz ogromny sąsiad, z którym łączy nas słowiańskość, podobieństwo cech narodowych oraz wiele kart historii. Złych i dobrych. Niekiedy tragicznych. My byliśmy ciężko przez nich krzywdzeni, ale zdarzało się, że i my ich krzywdziliśmy. Wciąż pamiętają nam, że w latach 1610-12 rządziliśmy Kremlem.
Pociąg od czasu do czasu zatrzymywał się na jakichś stacjach, wywoływali dwa czełowieka za kipiatkom i biegłem po wrzątek. Po miesiącu dojechaliśmy na Syberię, do Ałtajskiego Kraju. I wie pani, to może paradoksalne, ale nigdy potem już Rosjan się nie bałem. Bo mówimy o narodzie, a nie o państwie.
Wszedł Pan w mrowie?
Znaleźliśmy się w górach ałtajskich, w środku tajgi, 300 km od Bijska. Zobaczyłem, że to ludzie tacy sami jak my.
I zaczął krakać jak oni?
No, to zbyt daleko posunięte stwierdzenie, bo niekoniecznie trzeba było krakać. Ale stałem się - można powiedzieć generalnie - członkiem stada. Piłowałem z nimi wielkie syberyjskie sosny, rąbałem, układałem w pryzmy. Jak oni marzłem i głodowałem.
Dzisiaj niektórzy wyciągają swoje cierpienia i epatują nimi otoczenie. Ja tą drogą nie pójdę. Wszedłem na inną: drogę sojuszu i przyjaźni. Związek Radziecki był naszym sojusznikiem. Przy wszystkich ciężarach i bólach ograniczonej suwerenności. Mam satysfakcję, że potrafiłem w pewnym momencie wznieść się ponad historyczne urazy i osobiste krzywdy. Nie mogę, oczywiście, usunąć z mego życiorysu tych ciężkich chwil i nie mogę ukrywać, że mój ojciec wkrótce po wyjściu z łagrów umarł. Był mocno zbudowanym mężczyzną, masywnym, na granicy otyłości, z ogromnym temperamentem, bardzo energiczny, a po kilku miesiącach obozu wyszedł szkielet. Zjadł makuchę, wytłoczyny ze słonecznika, która w normalnych warunkach służy jako pokarm dla bydła, a nam zastępowała nieraz chleb, dostał krwawej dyzenterii i umarł.
Ryż mógł go uratować.
Ale ryżu nie było. Lekarstw też nie było. Miał 53 lata.
W połowie lat 80. w rozmowie z Gorbaczowem wspomniałem mu, że mój ojciec jest pochowany w Bijsku, na cmentarzu prawosławnym. W czerwcu 1942 roku jego grób obłożyliśmy darnią i postawiliśmy na nim zwykły drewniany krzyżyk. Gorbaczow spowodował, że na mogile mego ojca postawiono nagrobek, położono płytę, wbito w nią katolicki krzyż i napisano - po rosyjsku oczywiście - nazwisko i daty. Bardzo to było ładne z jego strony. Ale wie pani, czym mnie naprawdę zaskoczył? Obok grobu mego ojca postawiono drugi, większy, dla „Polaków zmarłych na Syberii w latach 1939-46”. Oczywiście symboliczny. Bardzo to było mądre i taktowne z jego strony. Że: proszę, zobaczcie, szanuję wszystkich zmarłych, a nie tylko czyni się gest dla Jaruzelskiego.
Ojciec wpisał Pana na listę ochotników do armii Andersa.
Nie zdążyłem. Tysiące Polaków nie zdążyło dotrzeć do Andersa. Nie mogliśmy wydostać się z tajgi. Miejscowe NKWD nie zezwalało na wyjazd, prawdopodobnie nie chcieli tracić siły roboczej. Z matką i siostrą zdecydowaliśmy się uciec. Pomógł nam jeden z wozaków. Bardzo niebezpieczna eskapada. Kiedy po tygodniu z perypetiami dotarliśmy do Bijska, gdzie urzędował tak zwany mąż zaufania, armia Andersa szykowała się już do wyjścia z Rosji. Najpierw powiedzieli mi: proszę czekać, nie nasza kolej. Powołania odbywały się regionami, a później okazało się, że jest za późno. Jedynym ratunkiem, zbawieniem, nadzieją na powrót do Polski stała się armia Berlinga.









Teresa Torańska była wielką mistrzynią. Nikt tak jak ona nie potrafił moderować dyskusji, zadając pytania celne i krótkie, stosując wyrafinowaną psychologię.