Teresa Torańska: wywiad z Wojciechem Jaruzelskim
Żołnierz Wolności z dnia 15 grudnia 1981 r., jedyna - obok Trybuny Ludu, organu PZPR - gazeta ogólnopolska, której wydawanie nie zostało zakazane.
Pobudka o szóstej rano.
Tak jest. W szkole oficerskiej w Riazaniu.
Jak w gimnazjum u marianów (uśmiech). Do sali wchodził ksiądz, zapalał światło, klaskał i wołał: wstawać, wstawać. A po obudzeniu był pacierz przy łóżkach.
Na kolanach?
Tak jest. I msza dwa razy w tygodniu. Po pacierzu gimnastyka, a po gimnastyce śniadanie. Przed śniadaniem wszyscy głośno na stojąco mówili: pobłogosław, Panie Boże, nas i te dary, które będziem spożywali z Twojej świętej Opatrzności… Po śniadaniu zaś: dzięki Ci, Boże, za te dary, któreśmy spożywali z Twojej świętej Opatrzności… dalej nie pamiętam. Przy obiedzie i kolacji to samo.
W Riazaniu spaliśmy na piętrowych łóżkach i budzono nas bardziej brutalnie, ostrzejszym tonem. Pobudka - krzyczał dyżurny - padjom. Mieliśmy mieszaną kadrę, polsko-rosyjską. Moim pierwszym batalionem piechoty, bo były dwa, dowodził Rosjanin, kpt. Kostrikow. Komendantem szkoły był Polak, przedwojenny oficer mjr Łopaciński.
Po pobudce była zaprawa fizyczna, rozebrani do pasa bez względu na pogodę biegaliśmy i skakaliśmy. Oraz trening strzelecki, na sucho, ładowanie i rozładowywanie broni.
Śmieszne to było i idiotyczne, jak dzisiaj widzę, bo ćwiczyliśmy na tzw. łódce amunicyjnej karabinu, w którego magazynku mieściło się pięć sztuk amunicji. Po to, by uzyskać większą sprawność, musieliśmy wpychać tę amunicję na tempo.
Potem biegliśmy do długiego koryta z rzędem kranów. Wtedy jeszcze się nie goliłem.
Woda?
Lodowata, nic strasznego. Po Syberii byłem zahartowany. U marianów zresztą też myłem się w zimnej.
Dzisiaj myślę, że dyscyplina, której nauczyłem się u marianów, ułatwiła mi przystosowanie się do rygorów obowiązujących w Riazaniu. Chociaż były one zupełnie nieporównywalne. Tam - perswazyjna, opiekuńcza. W Riazaniu - rygorystyczna, twarda, surowa. Ona wynikała z żelaznej logiki, jaka obowiązuje w wojsku: wymusić bezwzględne posłuszeństwo, bo jest ono niezbędne na froncie. Wtedy tego nie rozumiałem i gdy kazali mi czołgać się w kałuży, uważałem to za bezsens. Porucznik Konieczny, przedwojenny podoficer zawodowy, ryczał basem: padnij, czołgaj się. Jeszcze dziś te jego komendy dźwięczą mi w uszach. Był moim dowódcą w kompanii karabinów maszynowych. Ciągle słyszałem: więcej potu na ćwiczeniach, mniej krwi w walce. Niegłupie to było. Jak przejdzie się twardą szkołę w koszarach, na poligonie, na placu ćwiczeń, na froncie rzeczywiście jest lżej.
Po myciu był apel, odliczanie, przegląd umundurowania i „Kiedy ranne wstają zorze”. Polska pieśń była dla nas ważnym patriotycznym akcentem w radzieckim otoczeniu. Potem wymarsz na śniadanie i zajęcia, siedem godzin do obiadu, a po obiedzie kolejne trzy.
Byliśmy wszyscy straszliwie wygłodzeni. Nie pamiętam, ile dostawaliśmy chleba, ale pamiętam sposób jego dzielenia. Chodziło o to, by było sprawiedliwie. Przy stole siedziała drużyna, czyli przeciętnie dziesięciu podchorążych, na stole leżał bochen i stało wiadro zupy. Wszyscy siedzieli odwróceni tyłem do stołu, a jeden kroił chleb i pytał: komu. Zgłaszaliśmy swoje nazwisko. Różnice w wielkości kromek były więc kwestią przypadku, a nie braku bezstronności. Podobnie rozdzielaliśmy zupę.
Na koniec dnia był apel. I znowu polski akcent. Ze wzruszeniem śpiewaliśmy „Wszystkie nasze dzienne sprawy” i „Rotę”.
Na placu Lenina?
Nie, nie, też na korytarzu. Apele odbywały się na korytarzu szkoły. Plac Lenina znajdował się w centrum miasta. Maszerowaliśmy tam, by ćwiczyć krok defiladowy.
Kim był Lenin już Pan wiedział?
Oczywiście. Ikona. Wielki człowiek - mówiono - wspaniały przywódca, wódz.
A Stalin?
Geniusz. Dziś powiedziałbym, że to geniusz gry, manipulacji, intrygi. Genialny potwór. Zbrodniarz.









Teresa Torańska była wielką mistrzynią. Nikt tak jak ona nie potrafił moderować dyskusji, zadając pytania celne i krótkie, stosując wyrafinowaną psychologię.