Teresa Torańska: wywiad z Wojciechem Jaruzelskim
24 grudnia 1981 r., 11 dni po wprowadzeniu Stanu Wojennego.
Co było w nim genialnego?
Jego siła. Jego determinacja. On stawił opór Hitlerowi. On poprowadził do zwycięstwa. Początkowo wydawał mi się jakąś abstrakcyjną postacią z dalekiego Kremla. Ale gdy zobaczyłem na froncie radzieckich towarzyszy, którzy umierają z jego imieniem na ustach, gdy widziałem żołnierzy, którzy, krzycząc: „za rodinu! za Stalina!”, rzucają się do boju i giną, uległem fascynacji. Najtęższe umysły ulegały podobnej fascynacji. Nie tylko my - młodzi i głupi.
On wyzwalał przecież uciemiężone narody spod buta niemieckiego najeźdźcy. Gasił piece krematoryjne. To dzięki niemu Polska miała zagwarantowaną zachodnią granicę na Odrze i Nysie, on ją wywalczył dla nas, wchodząc w spór z Churchillem. Takie przekonania dominowały wtedy w moim środowisku. Połączenie fascynacji i podziwu dla wielkiego wodza, następcy Lenina. Oraz dobroczyńcy Polski, rzecznika oraz gwaranta polskich granic i polskich interesów.
Przecież was skazał na Syberię.
I co z tego? Skazał, by zapewnić bezpieczeństwo dla Związku Radzieckiego. By opóźnić agresję hitlerowską na swój kraj.
Kto was tego uczył?
W Riazaniu Władysław Matwin, przedwojenny komunista, później m.in. sekretarz KC PZPR, człowiek niemałego formatu. Był naszym świętym, jak nazywaliśmy w żołnierskim żargonie oficerów oświatowych. Potem byli kolejni „święci”, także starzy KPP-owcy, nietuzinkowi ludzie, godni zaufania. W pułku kapitan Bronsztajn, czyli Michał Bron, uczestnik wojny domowej w Hiszpanii, po wojnie w II oddziale WP, a po 1968 roku wyemigrował do Szwecji.
Pranie mózgu.
Zamieńmy na: indoktrynację.
„Mamusiu Kochana, pamiętaj - zapewniał Pan matkę jesienią 1943 roku - że ja zawsze pozostanę takim, jakim byłem, i moich przekonań nikt łatwo nie zmieni”.
Trochę wstydzę się formy tych listów. Pisałem je często na kolanie, potem w okopach. Polszczyzna w nich mi się nie podoba. Po latach oderwania od kraju jest okaleczona rusycyzmami, koślawa, nie taka, jak bym sobie życzył.
Pan - jeśli chodzi o styl - jest perfekcjonistą.
Tak jest. Długo zawsze pracowałem nad swoimi wystąpieniami. Wielokrotnie je po swoich sekretarzach przerabiałem, cyzelowałem zdania, doprecyzowałem.
Pana matka część listów pisanych z frontu i wysyłanych przez Pana do niej do Bijska spaliła.
Z obawy o mnie. Było w nich podobno dużo krytycznych ocen. Po prostu wiele rzeczy w wojsku i w Polsce, do której wszedłem z 1. Armią w 1944 roku, nie podobało mi się. Kochana mama. Nie chciała, by mi zaszkodziły. W mojej karierze. Obawiała się, że wpadną w obce ręce.
Wtedy nie podobały się Panu „akademie, pogadanki itp., które wiadoma rzecz, co mają na celu”?
Oczekiwano od nas potępienia przeszłości przedwojennej. Tłumaczono, że rządy sanacji to była czarna reakcja, a rząd londyński to bankruci polityczni. Trzeba było zacisnąć zęby. Starano się z nas wydrzeć przekonania, jakie wynieśliśmy z domu i ze szkoły.
I wydarli, prawda?
Proszę pani, ja wiem, że po latach trudno zrozumieć przeszłość. Można opisać jedynie fakty, nie da się jednak odtworzyć tamtego myślenia, tamtych emocji, tamtych psychicznych uwarunkowań. One nie były jednoznaczne.
Po wyjściu armii Andersa my, Polacy, przeżywaliśmy w Rosji trudne chwile. Słyszeliśmy od Rosjan: no, patrzcie, my tu walczymy, bronimy świat przed faszyzmem, a wasz Anders poszedł do ciepłych krajów. Więc kiedy znaleźliśmy się w wojsku, kiedy człowiek zrzucił z siebie podarte łachy, założył polski mundur i dostał broń, był szczęśliwy. Otrzymaliśmy szansę uczestnictwa w wojnie. Patrzcie - mogliśmy powiedzieć Rosjanom - my też będziemy walczyć, Polacy nie wymigują się od walki. W szkole w Riazaniu znaleźli się ludzie ciężko doświadczeni. Niektórzy mieli za sobą jeszcze cięższe przeżycia. Jeden z moich kolegów, nazywał się Landa, zginął potem na Wale Pomorskim, miał wszystkie zęby wybite. Opowiadał, że podczas przesłuchań był brutalnie bity i któregoś razu nie wytrzymał, chwycił taboret, na którym siedział, i zaczął nim tłuc enkawudzistów. Za to wybili mu wszystkie zęby.
I wie pani, jak o tym teraz mówię, to ze zdziwieniem, naprawdę ze zdziwieniem, zaczynam zdawać sobie sprawę, że my wtedy, tam, w Riazaniu, o tym powiewie stalinizmu, który każdy z nas odczuł na własnej skórze, nie baliśmy się rozmawiać. Nie mieliśmy poczucia, że: o, uważaj, ktoś nas podsłuchuje. Było też - pamiętam - jakieś ćwiczenie, prowadził je młody radziecki lejtnant, i my raptem zaczęliśmy mocno krytykować coś, co widzieliśmy w Związku Radzieckim, a co nam się nie podobało, i on spokojnie starał się nam to wytłumaczyć. Nie krzyknął: co wy tutaj! Małczat!
Bo potem?
Potem takich rozmów nie pamiętam. Może jeszcze były na froncie, może w pierwszych latach powojennych. Wydaje mi się, że jeszcze w latach 40. w wojsku było dość dużo swobody w wypowiadaniu ocen nie zawsze pokrywających się z obowiązującymi normami i doktryną. Pamiętam, że odbywały się jakieś dyskusje, zadawano pytania, oczekiwano wyjaśnień. I chyba nie każda wypowiedź niebłagonadiożna traktowana była jako podejrzana czy wroga dla ustroju. Psychoza zaczęła narastać dopiero później, w końcu lat 40.









Teresa Torańska była wielką mistrzynią. Nikt tak jak ona nie potrafił moderować dyskusji, zadając pytania celne i krótkie, stosując wyrafinowaną psychologię.