Teresa Torańska: wywiad z Wojciechem Jaruzelskim
22 lipca 1969 r., XXV-lecie PRL, Warszawa, na trybunie w pierwszym rzędzie od lewej: przewodniczący Rady Państwa gen. Marian Spychalski, przywódca ZSRR Leonid Breżniew, I Sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka, Nikołaj Podgorny (ZSRR) i generał broni Wojciech Jaruzelski.
Dlaczego?!
Nie opłaca się. Dzisiaj warto pisać, że wszystko, co działo się za komuny, było straszne, potworne, złe, głupie, podłe, zdradzieckie i zbrodnicze. I żyjemy jakoś tylko dzięki temu, że opozycja - wspaniała, cudowna, nieskazitelna - z tego gnoju nas wyciągnęła.
Bo według Pana jak było?
Proszę pani, ja nie zamierzam udawać, że byłem inny, niż byłem. Owo udawanie to dzisiaj dość częsta przypadłość. Setki razy mówiłem i pisałem o zasadniczych wadach wrodzonych i ciężkich błędach realizacyjnych w funkcjonowaniu PRL. Już nie mówiąc o zbrodniach, zwłaszcza okresu stalinowskiego. Oddawałem też należny szacunek walczącym i cierpiącym za Polskę demokratyczną. Ale nie w kategoriach czarne - białe. Był też dorobek, były pozytywy. Była epopeja odbudowy kraju, utrwalanie polskości ziem zachodnich. Zlikwidowano analfabetyzm, masom chłopskim umożliwiono przeniesienie się z przeludnionych wsi do miast, ich dzieciom dano punkty za pochodzenie, by mogły podjąć studia i awansować w drabinie społecznej. Nastąpiło zrównanie stanów. Zlikwidowano jaskrawe kontrasty społeczno-materialne.
Oraz znacjonalizowano przemysł, upaństwowiono handel i przeprowadzono reformę rolną.
Skala nacjonalizacji była przesadna. Całkowite uspołecznienie handlu idiotyczne. Ale reforma rolna była konieczna i uzasadniona. Choć bolesna. Bardzo bolesna. Widziałem.
Na Lubelszczyźnie, gdzie się urodziłem, niedaleko Kurowa, znajdowało się wiele majątków. W lipcu 1944 roku przejeżdżałem obok majątku Bronice. Jego właścicielami byli Wołk-Łaniewscy. Moi rodzice bywali u nich przed wojną. Skręciłem z głównej drogi, podjechałem pod pałacyk. Zeskoczyłem z konia, wszedłem. Starsi ludzie siedzący na walizkach. Zupełnie sponiewierani. Czy państwo Wołk-Łaniewscy? Tak. Przedstawiam się. Ach - mówią - ceniliśmy bardzo pana rodziców, dobrze ich wspominamy. Widzę: pałacyk splądrowany, uszkodzone meble, ktoś musiał już go patroszyć. I rozumiem: reforma rolna, a więc to miejsce, które należało do nich od pokoleń, już do nich nie należy, muszą je opuścić. Prawdopodobnie nie wiedzą, dokąd mają iść. I wie pani, o czym wtedy pomyślałem - że gdyby moi rodzice nie zostali wywiezieni na Syberię, znaleźliby się w podobnie upokarzającej sytuacji. Było mi przykro. Zostałem wychowany w innym duchu, w innej kulturze, w innym obyczaju i takie barbarzyńskie sytuacje mnie raziły.
Ale cel uświęca środki?
Dziejowa konieczność. Po dzień dzisiejszy tak uważam. Moją babkę też wyrzucono z dworu, pozbawiono ziemi i musiała tułać się po znajomych.
Do partii więc wstąpił Pan z przekonania. Nie dla kariery?
Tak. Ja byłem przekonany. Może inaczej: ja w 1947 roku zostałem już do nowego ustroju przekonany. Ukończyłem właśnie Centrum Wyszkolenia Piechoty, przekształcone później w Wyższą Szkołę Piechoty. Z wynikiem bardzo dobrym. Zostałem wykładowcą taktyki i rozpoczął się jeden z najszczęśliwszych okresów w moim życiu. Czułem się swobodnie, dużo czytałem, zawsze bardzo lubiłem czytać, chodziłem do teatru. Otrzymałem awans na majora, byłem kawalerem, prowadziłem beztroskie życie.
Uznałem, że socjalizm jest dobrą rzeczą.
Więc lepiej było zapisać się do PPS-u. Była to partia z ogromnymi przedwojennymi tradycjami. Właśnie socjalistycznymi.
W wojsku nie było PPS-u.
Dlaczego?
(Śmiech) Dlatego że w wojsku dominowała PPR i jasne było, że ludowe Wojsko Polskie będzie się kierować ideologią marksistowską. Nie sądzę, by ktokolwiek mógł dłużej pozostać w wojsku, zapisując się do PPS-u. A ja w wojsku chciałem zostać. Wojsko stało się dla mnie domem. Drugą skórą. Gwarantowało dach nad głową, umundurowanie, pobory, z których część wysyłałem mamie i siostrze, dawało bezpieczeństwo.
Zresztą z PPS-em nic mnie nie łączyło.
A z PPR-em co?
Z PPR-em łączyła mnie świadomość, że moi starsi koledzy zapisali się do niej już w 1945-46 roku. Że zapisywali się do niej także przedwojenni polscy oficerowie, moi przełożeni. Do wielu z nich miałem zaufanie.
Partia w wojsku była nielegalna.
To prawda. W wojsku, jak przed wojną, obowiązywał wtedy zakaz prowadzenia działalności partyjnej.
A Pan szczyci się wręcz, że jest legalistą, państwowcem.
Jestem. Ale PPR była już partią rządzącą.
Oficjalnie: razem z PPS i PSL.
No to współrządzącą. Ale dominującą. Natomiast PSL zeszła na pozycje opozycyjne i obce, a w PPS powstały podziały wewnętrzne. O tym w wojsku wiedzieliśmy. I wiedzieliśmy także, że partii zależy na tym, by z tą swoją dominującą rolą w państwie na razie ze względów taktycznych się nie afiszować. Działalność PPR-u w wojsku była więc utajniona, ale nie tajna.
To zresztą wtedy była inna partia, proszę pamiętać. Ona miała poprowadzić Polskę do socjalizmu polską drogą.
Przecież Pan wiedział, czym jest ten socjalizm.
Nie wiedziałem, jaki będzie.









Teresa Torańska była wielką mistrzynią. Nikt tak jak ona nie potrafił moderować dyskusji, zadając pytania celne i krótkie, stosując wyrafinowaną psychologię.