2013-06-20
Autor: nTimes

To nasze narkotyki mnożą biedę i zyski Karteli Narkotykowych

Amexica-Border

Granica Meksyku z USA ma długość 3 152 kilometrów. Na jej dużej części (oprócz rzeki Rio Grande, której przebieg wzdłuż granicy wynosi ok. 1 700 km) postawione są wysokie płoty, mające zminimalizować napływ emigrantów oraz dostawy narkotyków z Meksyku.

Delegalizacja marihuany jest niedorzeczna – mówi Ed Vulliamy, dziennikarz i pisarz, laureat Nagrody Kapuścińskiego. – Ale co do legalizacji narkotyków twardych, mam wiele wątpliwości. Bo kto je będzie produkował? Prawdopodobnie były by to koncerny typu GlaxoSmithKline albo Johnson&Johnson. Do czego to doprowadzi?

– Walkę należy prowadzić przede wszystkim z tym, co sprawia, że ludzie biorą i handlują narkotykami. A są to: bieda i poczucie beznadziei – uważa Ed Vulliamy. Laureat tegorocznej Nagrody Kapuścińskiego za książkę reportaż o pograniczu meksykańsko-amerykańskim. „Ameksyka” opowiada o tym, jak działają kartele narkotykowe, dlaczego wojna jest coraz brutalniejsza i dlaczego to Stany Zjednoczone oraz Europa również są odpowiedzialne. Bo to popyt z bogatego Zachodu nakręca tę wojnę. – Myślę, że Marlboro ma już prototyp marlboro green – „zielone marlboro”. Myślę też, że dojdzie do legalizacji marihuany – przekonuje.

Agnieszka-Lichnerowicz-80Agnieszka Lichnerowicz, Radio TOK FM: Czy w Meksyku trwa wojna domowa?

Ed-VulliamyEd Vulliamy: Jest duża różnica między Meksykiem a miejscami, w których jest wojna – Irakiem czy Afganistanem. W Meksyku toczy się normalne życie. Bazary są otwarte, a w mieście które kontroluje Los Zetas [syndykat kryminalny, złożony z byłych komandosów elitarnych sił rządowych (!), uważany przez rząd USA za jeden z najgroźniejszych] byłem na świetnym festiwalu kulturalnym. To surrealistyczne i dziwaczne.

Ale z drugiej strony…

– Jako dziennikarze nie lubimy liczb. Nie ufamy im. Ale fakty są takie, że w Meksyku zginęło już ok. 80 tys. ludzi, a 20 tys. uważa się za zaginione. To są często niezwykle brutalne morderstwa. Okrucieństwo jest innowacyjne i perwersyjne. Nie bez szczypty szatańskiego, mrocznego poczucia humoru.

Niezależnie więc, jakie były powody, dla których rozpocząłem podróż po pograniczu amerykańsko-meksykańskim, to moja książka zamieniła się w próbę opisania zupełnie nowej wojny, którą nazywam postpolityczną, postmoralną. Bez motywu – tam nie chodzi o religię, o wrogą mniejszość, o powstrzymanie szaleńca. A to są definiowalne przyczyny. Jakkolwiek szalone, jednak wciąż przyczyny. Tymczasem w Meksyku nie ma żadnych powodów.

A to nie jest po prostu walka o władzę? Rząd chce mieć kontrolę, ale i kartele narkotykowe chcą ją mieć…

– Kontrola nad terytorium, kanałami przerzutowymi… Koniec końców chodzi o pieniądze. To jest ciekawe samo w sobie, bo zawsze chodzi o pieniądze. Pieniądze są już jedyną kwestią, jedyną ideologią, która nam dziś została. Ale to nie walka o terytorium czy o pieniądze popycha do zabójstwa dzieciaków, które na skrzyżowaniach myją szyby samochodowe. Albo do masakr w ośrodkach rehabilitacyjnych dla narkomanów.

Czy dlatego nazywa pan to nowoczesną wojną? Bo jest nihilistyczna i chodzi w niej tylko o pieniądze?

– W dużej mierze tak. To nihilizm, materializm i konsumpcja w dużej mierze napędzają dzisiaj społeczeństwo. Nie chcę tego upraszczać, ale to, co się dzieje w Meksyku, pokazuje jak ekstremalnie powiększająca lupa zmiany, które zaszły w naszych społeczeństwach.

Ryszard Kapuściński kiedyś ruszał w podróże niemal na odległe planety. Dziś przemoc, która ma miejsce na polach śmierci i pustyniach pogranicza amerykańsko-meksykańskiego, ma związek z tym, że Europejczycy i Amerykanie mają nieograniczony apetyt na mocne narkotyki. To nasze szacowne banki i zarabiający miliony menedżerowie piorą krwawe pieniądze.

Więc Europa i Ameryka prowadzą w Meksyku swoje wojny?

– Tak, to jest wojna zastępcza. Nie uniewinniam morderców z Meksyku. Kartele, zabójcy, skorumpowana policja i gubernatorzy, porywacze – oni są tego częścią. Ale to się wszystko dzieje w pewnym kontekście. Kontekstem są m.in. nasze społeczeństwa. Społeczeństwa uzależnione od mocnych narkotyków…

Nie mamy liczb z Meksyku, ale świetni badacze z Kolumbii wyliczyli, że zaledwie około 2,5 proc. zysków ze sprzedaży narkotyków wyprodukowanych w Kolumbii zostaje w tym kraju. Reszta zysków trafia do Europy i Stanów Zjednoczonych.

Myślę, że wielu Polaków nie zdaje sobie sprawy z tego, jak ogromny wpływ ta wojna w Meksyku ma na tamtejszą gospodarkę, politykę i społeczeństwo. Tam całe miasta są pod kontrolą karteli, a te korumpują najwyżej postawionych polityków.

– Oczywiście. Oni działają jak armia – przejmują terytoria. Narkobiznes zawsze był ogromny w Meksyku. Kiedyś był to jednak paternalistyczny syndykat kryminalny, który ludzie mogą kojarzyć z „Ojcem chrzestnym”. Mafia przenikała społeczeństwo, znała polityków, ale wiedziała, że matkom na Dzień Matki daje się kwiaty, a dzieciaki potrzebują oświetlenia na boisku szkolnym. Ludzie w Kolumbii kochali Pabla Escobara. Wielu też oczywiście się go bało…

Ten model upadł i został rozbity. To nie jest już, choć kryminalna, to jednak życzliwa dla niektórych ludzi instytucja. To są bojówki. Wchodzą do miasta i muszą zrobić trzy rzeczy. Po pierwsze, zająć się ludźmi z bronią, czyli policją. Np. mordując szefa, którego zastępuje ktoś już zastraszony lub przekupiony. Przekupić ich, skorumpować.

Po drugie, muszą przejąć struktury polityczne. Gubernator czy burmistrz staje się zależny. Albo dlatego, że ma z tego jakieś zyski, albo dlatego, że nie chce, aby jego dzieci zostały zabite. Po trzecie, muszą też zadbać o to, aby to wszystko nie zostało zrelacjonowane przez dziennikarzy. 80 naszych kolegów zostało brutalnie zamordowanych w Meksyku w trakcie tego konfliktu.

Ostatnimi czasy, już po tym, jak skończyłem książkę, kartele zaczęły przejmować terytorium bez tych oznak przemocy. Nie muszą, bo gdy nadchodzą, nie ma oporu, każdy wie, czym to grozi. To jest jednak równie przerażające.

Pisze pan, że wojna w Meksyku to jest NASZA wojna, bo wynika z naszego popytu na narkotyki. Ale wyraźnie wini pan też system kapitalistyczny.

– Tak, to jest nierozłączne i związane z gospodarką pogranicza. Gospodarka pogranicza meksykańsko-amerykańskiego od zawsze miała przestępczy posmak, szczególnie zaś w czasie amerykańskiej prohibicji alkoholowej. To nie jest nic nowego, nowa jest jednak skala. Legalna i nielegalna gospodarka są jeszcze bardziej połączone, nie ma między nimi jasnej granicy.

Zawsze podkreślam, że kartele narkotykowe i kryminalne koncerny nie są przeciwnikami kapitalizmu. Są często pionierami. Mają podejście: szybka gotówka zamiast długoterminowych kontraktów. To są te podobieństwa. W mediach dużo słyszymy o ludziach, którzy próbują przejść amerykańską granicę, zdarza się, że umierają na pustyniach, ale gdy im się uda, w USA sprzątają toalety na polach golfowych Arizony. Tymczasem znacznie więcej ludzi ucieka z biednego środkowego czy południowego Meksyku. I szukają lepszego życia właśnie na pograniczu, po stronie meksykańskiej, gdzie stanęły ogromne fabryki. To tak, jakby Amerykanie mieli trzeci świat za tylnymi drzwiami albo nawet na swoim podwórku.

Pracownicy fabryk zarabiają skrajnie mało, ale tak musi być, żeby Amerykanie mogli wstawić telewizor do każdego pokoju dziecięcego i aby mogli zmieniać samochody co dwa lata. Pracują głównie kobiety, mężczyźni zwykle nie dostają pracy. To prowadzi do problemów rodzinnych i przemocy wywołanej frustracją mężczyzn. Doprowadziło też do masowych napadów i mordów kobiet.

Mexican-Immigrants-USA

12

SKOMENTUJ

Zaloguj się i napisz komentarz.

Poznaj Chiny

Artykuły w Kategoriach:

Ziemia Nocą

Teleskop Hubble'a