2013-05-03
Autor: nTimes

Mit szczęścia za pieniądze. Jak nie być w raju na niby

Bogactwo-Wealth-4O czystą wodę i powietrze – nie mówiąc już o zdrowym jedzeniu – coraz trudniej. Ale za to czujemy nieodpartą potrzebę posiadania elektronicznych gadżetów, modnych ciuchów i wszelkiego rodzaju ułatwiaczy.

W elegancji, gadżetach i ułatwiaczach nie ma niczego złego – pod warunkiem, że jesteśmy przygotowani na ewentualność obchodzenia się bez nich. Miarą prawdziwej niezależności jest zdolność do przeżycia, gdy zabraknie nam cywilizacyjnych zabawek i udogodnień, gdy będziemy potrafili przeżyć bez sklepów, wyhodować coś do jedzenia, upiec chleb, uszyć spodnie, zrobić sweter, naprawić buty, długo iść, biec, a nawet polować. Postęp technologiczny i powszechna dostępność szybko zużywających się, wymienialnych i zastępowalnych produktów w sposób niezauważalny czyni nas na powrót podobnymi do niemowląt. Tyle, że jesteśmy uzależnieni nie od matki, lecz od obsługi i zasilania przez skomplikowany system współczesnej cywilizacji. Dlatego ważną miarą autonomii jest też zdolność do protestu, a nawet buntu przeciwko działaniu systemu wsparcia, który ogranicza naszą wolność. Znamienne, że taką zdolność zachowują na ogół młodzi, którzy jeszcze się nie zadłużyli, lub emeryci, którzy nie mają wiele do stracenia. Dla pozostałych jest to zbyt ryzykowne, bo za bardzo się uzależniliśmy.

Można przecież kupić mniejsze mieszkanie na tańszym Grochowie zamiast drogiego na Żoliborzu? Zachować trochę wolności, by w razie czego móc powiedzieć: „nie, szefie” i ocalić dobre zdanie o sobie, albo nawet zdrowie.

Brakuje pozytywnych, uznanych osobowych wzorców takich życiowych strategii. Ludzie, którzy tak postępują, są powszechnie uznawani za nieudaczników lub dziwaków i marginalizowani. Ich postawa jest bowiem antysystemowa, antykonsumpcyjna. Brakuje żywego mitu prawdziwej autonomii. Za to podpowiada nam się odwrotne recepty na życie. Media karmią nas obrazkami ludzi, którzy żyją na przedmieściach w domkach z przystrzyżonymi trawnikami. Ludzi, którzy rano pływają w swoich basenach albo piją kawę na tarasie luksusowego apartamentu z widokiem na Pałac Kultury i Nauki. Nie wiemy jednak, co się dzieje w tych domach, jak ci ludzie żyją, jakie mają problemy, więc myślimy, że są bezbrzeżnie szczęśliwi, i też tak chcemy.

Doktor Tomasz Olchanowski, badacz kultury, podczas wykładu w Laboratorium Dramatu w Warszawie stwierdził, że „Ziemia obiecana” Władysława Reymonta to pierwsza opowieść o tym, jak człowiek pracuje na maszyny.

To trafna diagnoza. Przecież pracujemy tak dużo także po to, by dostarczyć naszym telewizorom, komputerom, samochodom, pralkom, suszarkom, zmywarkom i mikserom energii niezbędnej do działania. Jest tego tyle, że zaoszczędzony dzięki nim czas musimy przeznaczyć na dodatkową pracę, by utrzymać je w ruchu. Takie życie sprawia, że trudno nam dostrzec to, co oczywiste. Dopiero kryzys budzi nas ze snu i otwiera nową perspektywę.

Kreujemy mity, bo dają nam złudzenie bezpieczeństwa i ładu, uwalniają od obowiązku czujności i odpowiedzialności, pozwalają nie widzieć, jak się rzeczy naprawdę mają. Nikt nie chce psuć sobie dobrej zabawy – nawet na „Titanicu”.

Zabawa ma przecież trwać wiecznie, a my – być piękni, sławni i bogaci. Jeśli jesteśmy biedni, starzy i nieznani, to znaczy, że również głupi i niezaradni. Czyli: to nasza wina. Bo każdy z nas może zdobyć duże pieniądze, a więc także wolność – i to wolność od wszelkich trosk!

W czasach rodzenia się prawdziwego kapitalizmu nawet pucybut mógł stać się milionerem. Wtedy prawie każdy, kto naprawdę chciał, mógł otworzyć sklep czy inny biznes i funkcjonować na niezłym poziomie tak długo, jak pozostawał w harmonii z potrzebami lokalnej społeczności i dostarczał po rozsądnych cenach to, czego ludzie potrzebowali.

I pan Franek prowadził rodzinny sklepik przy Ząbkowskiej, a pani Danka zakład krawiecki przy Grójeckiej. Jej syn miał ambicje i otworzył fabrykę butów. Znalazł lokal pod Warszawą, miał maszyny i pierwsze zamówienia…

W tamtych czasach ktoś, kto nie podjął wyzwania i nie spróbował, miał prawo się wstydzić i zasługiwał na to, by być zawstydzanym. Teraz, w czasach monopolu i dyktatury korporacji, liczą się tylko wielcy gracze. Nie sposób przebić się do klubu milionerów. Mało tego, nie utrzymamy siebie i rodziny z własnego sklepiku przy Ząbkowskiej czy zakładu krawieckiego przy Grójeckiej. Stopień zaawansowania technologicznego większości produktów jest tak wysoki, że już nic konkurencyjnego nie zmajstrujemy w swoim garażu – tak jak to zrobili twórcy Microsoftu czy Apple’a. Coraz bardziej ograniczone możliwości rozwoju małych rodzinnych biznesów i pracy na swoim w oczywisty sposób redukują szanse na ekonomiczną autonomię obywateli. Sytuacja zaczyna przypominać to, co się działo w komunie, tyle że na totalne zmonopolizowanie rynku mają teraz apetyt globalne korporacje. Marnym pocieszeniem w tej sytuacji jest, że nie musimy się wstydzić braku sukcesu, bo nie zależy od nas w takim stopniu, jak to było w dawnych, dobrych czasach.

SKOMENTUJ

Zaloguj się i napisz komentarz.

Poznaj Chiny

Artykuły w Kategoriach:

Ziemia Nocą

Komentarze (temp. OFF)

Teleskop Hubble'a