Angola: dawni kolonizatorzy wracają i… proszą o pracę
Luanda jest jedną z najdynamiczniej rozwijających się metropolii na świecie. Stolica Angoli stała się zarobkowym rajem dla tysięcy bezrobotnych Portugalczyków. Niestety, naftowe i diamentowe bogactwo płynie głównie do kieszeni rządzącej elity i garstki nowobogackich. Większość Angolczyków po staremu klepie biedę i pociesza się, że przynajmniej nie musi drżeć o swoje o życie.
Małe mieszkanie w centrum Luandy. W środku zniszczone meble, duchota i napięta atmosfera. Portugalski najemca przycupnął na brzegu kanapy. Przed nim rozsiadł się afrykański właściciel nieruchomości.
- Zrobiłeś naszej siostrzenicy dziecko - zwraca się do Europejczyka uprzejmym, pozbawionym emocji głosem. - Chcemy wiedzieć, jakie masz pan wobec niej zamiary. Żenisz się czy nie?
Portugalczyk nerwowo zaciska dłonie i jedynie trzask wyginanych palców zakłóca złowróżbną ciszę. Za plecami delikwenta siedzi matka, ciotki i poszkodowana, 30-letnia Catarina.
Poznali się w internecie i owocem przelotnego flirtu jest tulone przez jedną z ciotek niemowlę owinięte w białą chustę. Wuj podnosi ostrzegawczo brwi i kontynuuje: - Proszę pamiętać, że nie jesteśmy w Europie. W Angoli często dochodzi do nieszczęśliwych wypadków. Grasuje u nas wielu bandytów. Kto wie, może podczas następnego spotkania na ulicy będę miał przy sobie pistolet i wpakuje panu kulkę w łeb.
Portugalczyk trzęsie się jak galareta, macha rękami, na jego twarzy pojawia się wymuszony uśmiech, a z ust płynie potok tłumaczeń. Przekonuje, że z siostrzenicą miał tylko przelotny romans, nic poważnego. Wuj siedzi nieporuszony jak głaz i patrzy z góry na pechowego amanta.
Powyższa scenka dobitnie pokazuje, jak zmieniły się relacje między Portugalią a byłą kolonią. Portugalczyka przygnał do Angoli kryzys w ojczyźnie. Powiedzmy, że nazywa się Joao Queiroga. Zachowamy w tajemnicy jego prawdziwe nazwisko, żeby nie przysparzać 41-latkowi jeszcze większych kłopotów.
Joao Queiroga jest jednym z setek tysięcy Portugalczyków, którzy uciekli do dawnej kolonii przed kryzysem gospodarczym i drakońskimi oszczędnościami rządu portugalskiego.
Jedno z angolskich czasopism opublikowało wymowną karykaturę. Na pierwszym rysunku - rozgrywającym się 20 lat temu - widać Angolczyka z walizkami, żegnającego się z żoną: „Bądź zdrowa, wyjeżdżam do Portugalii, żeby pracować na budowie”. Pod spodem ten sam obrazek z Portugalczykiem w roli głównej: „Bądź zdrowa, wyjeżdżam do Angoli, żeby pracować na budowie”.
Wielu portugalskich emigrantów gospodarczych spotyka na miejscu bolesne rozczarowanie. Szef portugalsko-angolskiego konsorcjum budowlanego dokonuje następującego podsumowania: - Portugalski inżynier budowlany z pięcioletnim stażem zarabia u nas od trzech do czterech tysięcy euro. Trzy lata temu wyciągał dwa razy tyle. Chętnych do pracy jest na pęczki, co prowadzi do obniżenia zarobków.
Joao Queiroga studiował w ojczyźnie ekonomię. Potem założył niewielką firmę budowlaną - montował kolektory słoneczne i systemy alarmowe. Od 2005 roku klienci coraz bardziej spóźniali się z płatnościami. Sytuacja pogarszała się z roku na rok.
Wreszcie w 2008 roku doszło do krachu gospodarczego. Zdesperowany Joao Queiroga zapytał znajomego, czy nie miałby dla niego jakiejś roboty w Angoli. Mieszka w Luandzie od ponad trzech lat.

Portugalczyk dochodzi do siebie po niespodziewanej wizycie niedoszłego wuja. Siedzi w barze, położonym na dachu jednego z wieżowców. Budynek otaczają dźwigi budowlane i drapacze ze stali i szkła.



