Angola: dawni kolonizatorzy wracają i… proszą o pracę
Angola nadal jest jednym z najuboższych krajów na świecie. W wielu dzielnicach stolicy woda jest zanieczyszczona piaskiem, bo najubożsi mieszkańcy przepiłowują instalację wodociągową, żeby dostać się do wody pitnej.
Nowożytna historia Angoli rozpoczęła się na półwyspie Ilha de Luanda. W 1575 roku do jej brzegów przybił portugalski żeglarz Paulo Dias de Novais. Obecnie wzdłuż plaży wyrastają eleganckie restauracje i kluby.
Większość lokali znajduje się w rękach prezydenckiego klanu. Jednym z najstarszych lokali jest Club Nautico. Z tarasu rozciąga się malowniczy widok na zacumowane jachty, a w głębi na dźwigi i nowe drapacze chmur, wyrastające niemalże codziennie w krajobrazie miasta.
Przy jednym ze stolików siedzi mężczyzna o siwych, przerzedzonych włosach i krótkiej brodzie. Ma oszczędne gesty, a w uchu dyskretny aparat słuchowy.
- Nie walczyłem o brutalny, nienasycony kapitalizm - przyznaje Rui Filomeno de Sá. W czasie wojny niepodległościowej był członkiem komitetu centralnego MPLA (Ludowy Ruch Wyzwolenia Angoli), potem komisarzem politycznym na froncie wschodnim, a po zakończeniu wojny wyzwoleńczej partia wysłała go jako ambasadora do Kairu. (…)
Do dzisiaj 71-letni Rui Filomeno de Sá jest członkiem MPLA, choć nie przepada za prezydentem José Eduardo Dos Santosem, rządzącym krajem od 33 lat. - Myślałem, że w Angoli stworzymy skandynawski model państwa opiekuńczego - opowiada. - Bezpłatna oświata, opieka zdrowotna dla wszystkich. I takie tam rzeczy. (…)
Angola była jednym z ostatnich państw afrykańskich, które uzyskały niepodległość, kiedy portugalska „rewolucja goździków” doprowadziła do obalenia autorytarnej dyktatury w 1974 roku.
Wtedy José Eduardo Dos Santos pomyślał proroczo, czy już niedługo jego ojczyzna nie będzie musiała sprowadzać wypędzonych z hukiem Portugalczyków? Angola nie miała praktycznie żadnej fachowej siły roboczej.
- Dzisiaj codziennie przylatują samoloty z portugalskimi robotnikami budowlanymi, ale w środku nie uświadczysz ani jednego nauczyciela - utyskuje.
- Wielu Angolczyków bardzo źle mówi po portugalsku. Władze w Lizbonie powinny być zainteresowane wspieraniem rozwoju ojczystego języka. Powinni wziąć przykład z Francuzów, którzy realizują program kulturalny w dawnych koloniach. Portugalczycy nie dorastają im do pięt. Mają inną mentalność. Zawsze byli pasywni, brakowało im ducha przedsiębiorczości - podsumowuje José Eduardo Dos Santos.
Obecnie rozwój kraju wzięli w swoje ręce angolscy inwestorzy z koncernem paliwowym Sonangol na czele. Córka szefa państwa Isabel dos Santos (najbogatsza kobieta Afryki) za petrodolary kupuje udziały w portugalskich bankach, koncernach energetycznych i medialnych, a także inwestuje na wielką skalę w gospodarstwa rolne.
W listopadzie 2011 roku portugalski premier Pedro Passos Coelho zmuszony do wdrożenia drakońskich oszczędności i prywatyzacji spółek skarbu państwa odwiedził Luandę, a lokalna prasa zacytowała jedno zdanie z jego wypowiedzi: „Kapitał angolski jest mile widziany w Portugalii”.
Mile widziany, choć jego legalność budzi ogromne wątpliwości. - Pranie pieniędzy na niespotykaną skalę - określa inwestycje w Portugalii jeden z czołowych angolskich działaczy antykorupcyjnych.
Rafael Marques de Morais, 41-letni angolski dziennikarz w okularach w drucianych oprawkach siedzi na drewnianym krześle w salonie. Przy drzwiach do mieszkania stoi karton pełen egzemplarzy jego ostatniej książki „Krwawe diamenty - korupcja i tortury w Angoli”.











