Stalin, rok 1953 - ziemscy Bogowie są śmiertelni
Stalin w 1935 r. ze swoimi dziećmi: Swietłaną (9 lat) i Wasilijem (14 lat).
Swietłana Alliłujewa ▀ wspominała:
W wielkiej sali, gdzie leżał ojciec, tłoczyło się mnóstwo ludzi. Nieznajomi lekarze, pierwszy raz oglądający chorego (akademik W.N. Winogradow, który przez wiele lat opiekował się ojcem, siedział w więzieniu), uwijali się jak w ukropie. Przystawiali pijawki na plecach i karku, robili kardiogramy, prześwietlenia płuc, pielęgniarka nieustannie aplikowała jakieś zastrzyki, jeden z lekarzy na bieżąco opisywał w dzienniku przebieg choroby. Wszystko jak należy. Wszyscy krzątali się, ratując życie, którego nie można już było uratować.
Nikt nie miał wątpliwości, że to koniec. Rozległy wylew powalił „wodza”. Tylko Beria co chwila podchodził do lekarzy i głośno, tak aby wszyscy słyszeli, pytał z pogróżką w głosie:
- Zdajecie sobie sprawę z waszej odpowiedzialności za zdrowie towarzysza Stalina? Ostrzegam was…
Śmiertelnie bladzi profesorowie, lekarze, pielęgniarki coś tam lękliwie szeptali, czując, że po śmierci „wodza” ich też może czekać smutny los. Beria nawet nie próbował ukrywać wyrazu triumfu na twarzy. Wszyscy w politbiurze, nie wyłączając Malenkowa, bali się go. Śmierć tyrana wróżyła nową falę krwawych orgii. Zmęczony nieustannymi ponagleniami, udawaną troską, przekonany, że Stalin przekroczył już niewidzialną linię, dzielącą życie od śmierci, Beria wymknął się na kilka godzin na Kreml, pozostawiając polityczne kierownictwo kraju u łoża umierającego przywódcy. Przedstawiłem już wcześniej hipotezę, iż pierwszy zastępca przewodniczącego Rady Ministrów ZSRR Ławrientij Beria forsował wielką grę polityczną, którą obmyślał od dawna. Jego pospieszny wyjazd wynikał zapewne z chęci opróżnienia stalinowskiego sejfu, gdzie wśród innych dokumentów dyktatora mogły się również znajdować (czego obawiał się Beria) rozporządzenia dotyczące jego osoby. Gdyby Stalin pozostawił testament, to w czasie, gdy jego autorytet był niekwestionowany, nikt nie sprzeciwiłby się ostatniej woli zmarłego.
Beria wrócił po kilku godzinach, jeszcze bardziej pewny siebie, i oznajmił przygnębionym kolegom, że trzeba natychmiast przygotować komunikat rządowy o chorobie Stalina i opublikować biuletyn o przebiegu choroby. Komunikat rządowy, ogłoszony przez radio i wydrukowany w prasie, stwierdzał:
Wczesnym rankiem 2 marca u towarzysza Stalina, kiedy przebywał w Moskwie w swoim mieszkaniu [a przebywał w daczy - D.W.] nastąpił wylew krwi do mózgu, obejmujący ważne dla życia obszary mózgu. Towarzysz Stalin stracił przytomność. Rozwinął się paraliż prawej ręki i nogi, wystąpiła utrata mowy. Pojawiły się objawy ciężkiej niewydolności układu krążenia i oddychania (…). Leczenie towarzysza Stalina przebiega pod stałym nadzorem Komitetu Centralnego KPZR i rządu radzieckiego (…). Ciężka choroba towarzysza Stalina pociągnie za sobą jego dłuższą lub krótszą niezdolność do pracy państwowej.
Po pierwszym biuletynie wydano jeszcze dwa - o 2.00 nad ranem i o 16.00 5 marca. Medyczne sławy - A.F. Tretiakow, L.I. Kuperin, R.J. Łukomski, N.W. Konowałow, A.L. Miasnikow, J.M. Tariejew, I.N. Filimonow, I.S. Głazunow i inni (w następstwie niezakończonej na razie „sprawy lekarzy” Beria zadbał o to, by Stalina leczyli akademicy i profesorowie tylko jednej narodowości) - nie ukrywały: koniec jest bliski. Złowieszcze pogróżki Berii pod adresem lekarzy nie zmieniły ich wniosków: „ostra niewydolność układu krążenia i arterii wieńcowych serca z ogniskowymi zmianami w tylnej ściance serca”, „ciężka zapaść”, „stan krańcowo poważny”. Lekarze nie wiedzieli jeszcze, że wcześniejsze okresowe zaburzenia krwiobiegu mózgowego doprowadziły do powstania licznych drobnych torbieli (cyst) w tkance mózgu, zwłaszcza w płatach czołowych. Zmiany takie, jak uważają dzisiaj specjaliści, spowodowały zakłócenia w sferze psychicznej, które nakładały się na despotyczny charakter Stalina, potęgując jego tyrańskie skłonności. Moim zdaniem jednak wystąpiły tu zwykłe objawy wieku starczego. Pomimo straszliwej degradacji moralnej Stalin nie był, jak sądzę, człowiekiem, którym powinni zajmować się psychiatrzy. Jego „choroba” - cezaryzm i tyrania - miała podłoże społeczne. Można to również wyrazić inaczej: chorował nie tylko przywódca, ale i całe społeczeństwo.
Tymczasem u łoża umierającego rozgrywał się ostatni akt dramatu. W sali kilka razy pojawiał się Wasilij ▀▀, wykrzykując zapijaczonym głosem: „Dranie, zgubili ojca!”; u wezgłowia stała w bezruchu Swietłana, na krzesłach i na kanapie siedzieli udręczeni brakiem snu i niepewnością jutra członkowie politbiura. Woroszyłow, Kaganowicz, Chruszczow i jeszcze kilku płakało. Beria wielokrotnie podchodził do Stalina i głośno prosił:
- Towarzyszu Stalin, jest tu całe politbiuro, powiedzcie coś.
Beria zachowywał się jak następca tronu wielkiego imperium, zdolny rozporządzać życiem każdego z obywateli. Dla niego Stalin odszedł już w przeszłość. Beria myślał wyłącznie o najbliższej przyszłości. Nie musiał długo czekać. Myślę, że najlepszą relację na temat ostatnich chwil dyktatora pozostawiła jego córka:
Agonia była straszna. Dusiła go na oczach wszystkich. W którymś momencie - nie wiem, czy rzeczywiście, ale tak się wydawało - otworzył nagle oczy i powiódł wzrokiem po stojących dookoła. Było to przerażające spojrzenie, na poły bezmyślne, na poły gniewne i przepełnione strachem przed śmiercią i przed nieznanymi twarzami pochylonych nad nim lekarzy. Spojrzeniem tym wodził po wszystkich przez kilka długich sekund. I nagle - było to niepojęte i straszne, do tej pory nie rozumiem, ale nie mogę zapomnieć tej chwili - uniósł sprawną lewą rękę i ni to wskazał gdzieś w górę, ni to pogroził nam wszystkim. Gest był niezrozumiały, ale groźny, i nie wiadomo do kogo lub do czego się odnosił. W następnym momencie dusza, uczyniwszy ostatni wysiłek, wyrwała się z ciała.
Była 9.50, 5 marca 1953 roku.
Przed towarzyszami, którzy natychmiast umilkli, zadumali się nad wieczną tajemnicą śmierci, leżał ich władca, bóg, sędzia, gospodarz, dobroczyńca. A także kat. Większość poczuła żal i ulgę zarazem. Odszedł człowiek, który prócz miłości budził też irracjonalny strach. Każdy z nich mógł okazać się zbędny, tak jak miało to miejsce w przypadku Wozniesienskiego i Kuzniecowa. Wielu nurtowała myśl: czy Stalin zostawił testament? A jeśli zostawił - to czy wskazał tego, kto ma kontynuować jego dzieło?
Niektórzy ocierali łzy, szczerze zasmuceni, wpatrując się zaczerwienionymi oczami w surowy, jakoś od razu pobladły znajomy profil. Klęcząc przed ciałem, złożywszy głowę na piersi zmarłego, płakała jak dziecko Wala Istomina, gospodyni Stalina, która troszczyła się o niego prawie 20 lat, towarzyszyła mu zawsze, gdy wyjeżdżał na południe, a także podczas dwóch z trzech konferencji międzynarodowych w latach wojny.










